Wielki powrót na Summę

Udostępnij ten post

Summa to jeden z tych festiwali, na którym będąc choć raz (nam udało się to w poprzednich latach dwukrotnie – w 2018 i 2019), chce się powrócić kiedy tylko się da. Dlatego gdy było już pewne, że po dwóch latach przerwy (spowodowanej oczywiście pandemią), tym Alois Lageder ponownie otworzy podwoje swoje winiarni, wiedziałem, że muszę tam dotrzeć.


Tym razem logistyka okazała się nieco bardziej skomplikowana. Splot różnych okoliczności (z będącymi wówczas na górce cenami paliwa na czele) spowodował, że byliśmy niemal pewni, że odwołamy nasz udział. Niemal w ostatniej chwili odkryliśmy jednak tanie loty do Bergamo i Kamila szybko podjęła decyzję, że one co prawda z Miką zostają w domu, ale ja mam się nie zastanawiać, tylko kupować bilety i ruszać. Oczywiście mając takie zielone światło, perspektywa wydawała się kusząca, ale jednak gdzie Bergamo, a gdzie Magré (tutaj odbywa się Summa). Okazało się jednak, że z pomocą przyszła Trenitalia, północne Włochy są bowiem całkiem sensownie skomunikowane kolejowo. Bez trudu namierzyłem więc sensowe połączenia z Bergamo przez Weronę do doliny Adygi. Na bazę noclegową wybrałem Trydent, skąd co godzinę odjeżdżały pociągi do Magré (podróż trwała zaledwie 30 minut). Trochę się więc tymi pociągami najeździłem w tę i z powrotem, ale powiem jedno – absolutnie było warto.

Przechodząc zaś do samego festiwalu – jak zawsze, Summa obfitowała nie tylko w paletę znakomitych winiarzy, ale też w świetne degustacje, o dwóch z nich napiszę wkrótce jeszcze osobne wpisy.

Jeśli zaś chodzi o samych producentów, to również przygotuję dwa z nich. Dzisiaj skupiam się na producentach z Włoch, ale też na świetnym winiarzy z Szampanii.

Tarlant

Rodzina Tarlant zajmuje się produkcją wina w Dolinie Marny (Vallée de la Marne) od końcówki XVII wieku. Dzisiaj za posiadłość odpowiada rodzeństwo Mélanie i Benoit. Posiadają oni 13 ha winnic, ale podzielonych na 40 osobnych parceli w 4 różnych miejscowościach. Choć ten subregion Szampanii słynie głównie z uprawy pinot noir, to producent posiada na swoich winnicach zaskakujący duży udział (30%) chardonnay, do tego oczywiście 50% pinot noir i 19% meunier. Dodatkowo rodzeństwo uprawia również trzy już niemal zapomniane w regionie odmiany, które są dopuszczone do produkcji szampanów – pinot blanc, arbanne i petit menslier. Każda parcela jest winifikowana osobno, a mniej więcej połowa wina bazowego dojrzewa w beczkach, jednak bez fermentacji malolaktycznej.

Degustację rozpocząłem właśnie od butelki zawierającej wspomniane trzy odmiany, a więc Tarlant BAM! (91/100). Miej więcej połowa wina pochodzi z rocznika 2013, a został on uzupełniony winem z rezerw z roczników 2012-2010. Co ciekawe całość dojrzewała na osadzie aż 6 lat. Owoc jest przyjemnie intensywny, chrupki, dość egzotyczny, ale oczywiście po tak długim dojrzewaniu nie brak tutaj elementów drożdżowych, chlebowej skórki. Do tego typowa dla regionu cytrynowa, mocna kwasowość wieńczy to świetne wino. Dalej poszliśmy w Tarlant Zero Rosé Brut Nature (92/100) powstającego ze szczepu meunier i dojrzewającego na osadzie przez 5 lat. Mamy tu ponownie intensywny owoc (tym raczej maliny, czereśnie i truskawki), ale też piękną, stalową strukturę, cytrynową kwasowość i mineralny finisz. Tarlant Zero Brut Nature (93/100) to mieszanka chardonnay, pinot noir i meunier w przeważającej części z rocznika 2011, ale uzupełnionego o wino rezerwowe z kilku wcześniejszych roczników (do 2007). Dojrzewanie na osadzie trwało do lipca 2021 roku. Jest czyściutkie, ponownie z mocnym owocowym uderzeniem, tutaj spod znaku jabłek, skórki cytrynowej i limonki. W ustach klasowe, imponującą strukturą i słono-mineralnym posmakiem. Na koniec spróbowałem jeszcze Tarlant 2004 (95/100), a więc rocznikowego szampana, który na osadzie spędził 16 (!) lat. W składzie mamy w połowie chardonnay i pinot noir, ale w życiu bym nie powiedział, że wino miało tak długie dojrzewanie, było wręcz młodzieńcze w swoim wigorze, nutach cytryn i kwaskowych jabłek, wspaniałej czystości i niesamowicie wyciągniętej strukturze. Elegancja i jakość do kwadratu.

Co zaś najlepsze w Polsce wina od Tarlantów znajdziecie w ofercie Rymarczyk&Białobrocki Import.

Tenuta di Carleone

Toskania jest niesamowicie wdzięcznym miejscem pod względem winiarskim, bo co chwila odkrywamy tam dobrego producenta, o którym wcześniej nie słyszeliśmy. Tenuta di Carleone powstała za sprawą austriackiego przedsiębiorcy Karla Eggera, który zakochał się w Chianti Classico i w 2012 roku kupił posiadłość (w tym nieco ponad 20 ha winnic) niedaleko miasteczka Radda in Chianti w sercu tego historycznego regionu.

Tenuta di Carleone Rose 2021 (90/100) to spróbowany jeszcze z próbki ze stalowego zbiornika róż powstały z czystego sangiovese. Grona zostały tylko wyciśnięte, bez maceracji, a wytłoczony moszcz fermentował w stali. Ma dobrą koncentracją, typowe nuty wiśni i truskawek, a także dobrą kwasowość. Proste, ale solidne i apetyczne. Dalej spróbowałem Tenuta di Carleone Il Randagio 2020 (91/100), mieszanki caberneta franc, merlota oraz niewielkiej części sangioviese. Pierwsza z wymienionych odmian daje o sobie znać nieco ołówkowym, liściastym aromatem, ale oprócz niego pojawiają się porzeczki, wiśnie i suszone włoskie zioła. Ładnie soczyste, z dobrą poczostyścią i drobnymi garbnikami w finiszu. Tenuta di Carleone Chianti Classico 2019 (92/100) to dalej czyste sangiovese, fermentujące częściowo w stali oraz cemencie i też dojrzewające tam przez 18 miesięcy. Prezentuje lekki, świeży styl, z nutami chrupkich wiśni, ożywczym owocem, mocną kwasowścią i dobrymi, nieagresywni garbnikami. Takie Chianti Classico uwielbiam. Z kolei Tenuta di Carleone Uno 2019 (92/100) to wciąż czyste sangiovese, ale pochodące z najlepszych parceli producenta. Podczas dojrzewania 10% wina trafiła do nowych 500-litrowych beczek, reszta spędziła ten czas w cemencie i stali. W porównaniu do poprzednika jest bardziej nasycone, mocniej zbudowane, ale dalej zachowuje ten kwaskowy, świeży rys. O ile Chianti Classico można otwierać już teraz, na to wino poczekałbym tak 2-3 lata. Szczytem ekspresji producenta jeśli chodzi o sangiovese jest Tenuta di Carleone Il Guercio 2019 (94/100). Owoce pochodzą z pojedynczej działki w miasteczku Gaiole, zlokalizowanej bardzo wysoko, bo aż na 700 metrach. Fermentacja odbywa się w cemencie, z udziałem 20% pełnych kiści, a sama maceracja trwa aż 5 miesięcy. Dalej przez rok wino zostaje w cemencie w celu dalszego dojrzewania. Jest niesamowicie wypolerowane, eleganckie, dostojne. Owoc, choć mocny i pełny, dalej idzie stronę chrupkich wiśni, dojrzałych malin i truskawek. Do tego pojawiają się nuty leśne, żurawina, trochę suszonych ziół. Przepiękne i z wielkim potencjałem.

Fico Wines

Fico Wines to projekt wyrosły w ramach producenta Villa le Corti Principe Corsini, który 15 kilometrów na południe od Florencji od lat produkuje swoje Chianti Classico. Filippo Corsini, przedstawiciel nowego pokolenia, po kilku latach pracy w różnych winiarskich projektach w Argentynie i USA wrócił do rodzinnej posiadłości z myślą o nieco innym, bliższym naturze podejściu do producji wina. Obecnie w ramach tego projektu powstają dwa biodynamiczne wina, oba będące czystymi sangiovese.

Fico Wines Fico 2019 (93/100) powstaje z krzewów rosnących na działce o nazwie Gugliaie, nieopodal starego drzewa figowe, od którego wino bierze nazwę. Fermentacja odbywa się w dębowych baryłkach i 500-litrowych tonneaux, gdzie sangiovese dojrzewa przez 8 miesięcy. Owoc jest bardzo dojrzały, ale nieprzegotowany, pojawiają się nuty leśne, ciemne wiśnie, wyraźna ziemistość. Do tego silne garbniki i wyraźna, intensywna kwasowość. Fico Wines Per Filo 2019 (91/100) to niejako hołd dla Filippio ze strony jego rodziców Clotilde i Duccio, którzy kierując się wizją syna wyprodukowali wino idące również w stronę biodynamiki. Pokazuje ono przepiękne wiśniowy oblicze, z czyściutkim, nasyconym owocem, ale i dobrymi garbnikami. Świetnie zbudowane, mocne, choć nieprzeładowane.

Pian dell’Orino

Ten producent jest również „dzieckiem” osób, które do Toskanii przybyły z zewnątrz. Caroline Pobitzer dorastała bowiem w Szwecji, ale jej ojciec pochodził z Alto Adige, gdzie miał styczność z winiarstwem. Z kolei Jan Hendrik Erbach to Niemiec, który ukończył enologię w Geisenheim. Oboje prowadzą dzisiaj swoją posiadłość na południe od samego Montalcino, bezpośrednio obok legendarnego producenta Biondi Santi. Posiadają tam niecałe 6 ha winnic, które są prowadzone biodynamicznie, a jedyną uprawianą odmianą jest sangiovese (za to producent posiada aż 22 różne klony tego szczepu).

Zaczęliśmy od Pian dell’Orino Rosso di Montalcino 2018 (91/100). Mimo iż Rosso di Montalcino bywa uważane za młodszego brata Brunello, to w tym wypadku dojrzewanie w dużych beczkach trwa i tak imponujące 28 miesięcy. Wino zaś zachowało świeży, owocowy charakter, na pierwszym planie znajdziemy wiśnie, czereśnie i dojrzałe truskawki. W tle przewijają się również delikatne akcenty ziołowe i pieprzne. Całkiem poważne jak na Rosso. Również Pian dell’Orino Brunello di Montalcino 2016 (92/100) dojrzewa w dużych beczkach, przy czym tutaj przez okres 48 miesięcy. Jest przyjemnie świeże i owocowe, bez ciężkości i nadmiernej ekstraktywności, która czasem przeszkadza mi w niektórych winach z Montalcino. Tu mamy naprawdę dużo życia i werwy, soczystość wiśniowego owocu, suszone zioła, nieco tytoniu, dymu i nut leśnych. Na koniec spróbowałem jeszcze Pian dell’Orino Brunello di Montalcino 2010 (93/100) z butelki magnum. Oczywiście pojawia się tu więcej ewolucji, owocowość staje się powoli bardziej suszona, na pierwszy plan wychodzi czarny pieprz, suszone zioła (szczególnie mocno wyczuwalny liść laurowy), a także dużo ziemistości. Nie znika za to wyraźna kwasowość, która dalej utrzymuje wino po świeżej stronie.

Podere Salicutti

Poprzednie wina mogłem porównać z innymi przedstawicielami Brunello, ale spod ręki właścicieli o ponownie niemieckiej proweniencji. Podere Salicutti znajduje się bowiem w posiadaniu Felixa oraz Sabine Eichbauer, którzy odpowiadają również za bardzo znaną monachijską restaurację Tantris. W ramach posiadłości znajduje się 4,5 ha winnic, już od 1994 roku prowadzonych organicznie.

Tutaj od razu zacząłem od Podere Salicutti Brunello di Montalcino 2017 (93/100), które powstaje z owoców z różnych parceli producenta, dojrzewających w beczkach o wielkości od 500 litrów do 40 hl. Pachnie dojrzałymi czereśniami i chrupkimi wiśniami, na podniebieniu ze sprężystym ciałem, mocnym owocem, ale też wysoką kwasowością i solidnymi, żywymi garbnikami. Spróbowałem też win z pojedynczych działek, najpierw Podere Salicutti Piaggione Brunello di Montalcino 2017 (94/100), gdzie jest dość stromo i winorośle są bardziej wystawione na promienie słoneczne, dojrzewanie zaś odbywa się w dużych beczkach przez 36 miesięcy. Ma w sobie więcej owoców od poprzednika, ale też ich tonacja jest bardziej świeża, przywodzi na myśl maliny, wiśnie i truskawki. W ustach pięknie soczyste, z delikatnym podbiciem ziołowym i ziemistym, oraz mocną, stalową architekturą. Jeszcze inaczej zaprezentowało się Podere Salicutti Theatro Brunello di Montalcino 2017 (94/100), pochodzące z bardziej odsłoniętej, wietrznej winnicy. Na razie jest jeszcze dość zamknięte, ale podobnie jak poprzednie wina imponuje niesamowicie, żywym, radosnym owocem, tutaj spod znaku truskawek, malin, ale i świeżych fig. Garbnik póki co jest bardzo mocny, jeszcze wysuszający, ale chciałbym wrócić do tego wina za jakieś 5 lat, a najlepiej i za dekadę.

Al di Là del Fiume

Okolice Bolonii nie słyną jakoś specjalnie z winiarstwa, ale w ostatnich latach na fali zyskującego coraz większą popularność lokalnego szczepu pignoleto (grechetto gentile) pojawiają się nowi, obiecujący winiarze. Nazwa winiarni to w tłumaczeniu „po drugiej stronie rzeki” i odrobinę bajkowo odwołuje się do lepszego świata, gdzie żyje się inaczej, w zgodzie z naturą, uprawiając winorośle i produkując wina bez środków chemicznych.

Wspomniane pignoleto spróbowałem w najpopularniejszej lokalnej odsłonie, w więc jako musiaka, a dokładniej pet-nata. Al di Là del Fiume Birichen (90/100) ma soczysty gruszkowy owoc, który unosi się na delikatnie słomianym tle. Pojawiają się też mirabelki i zioła. Świeżutkie, kwaskowe, a więc takie, jakim powinien być pet-net. Idąc dalej Al di Là del Fiume Fricando’ 2021 (91/100) to odmiana albana macerowana przez 3 miesiące w glinianych amforach. Aromat jest dość nikły, łagodny, ale w ustach szczep otwiera przed nami całą swoją rozłożystość. Mamy więc nuty gruszek, słodkich jabłek, ale też herbaty, jaśminu. Choć pełne i mocno zbudowane, to jednocześnie odświeżające. Finisz wyraźnie garbnikowy, ale przy tym nieagresywny. Al di Là del Fiume Samarata 2020 (91/100) to barbera delikatnie macerowana w stalowych zbiornikach, powstającą z owoców z młodych krzewów. W aromacie mieszają się nuty wiśniowe i balsamiczne, a w smaku zaskakują niezwykle dla odmiany żywe, radosne garbniki. Za to Al di Là del Fiume Dagamo’ 2020 (92/100) to barbera dojrzewające przez kilka miesięcy w amforach. Wyrazistsza od poprzednika, pełna dojrzałych wiśni, czy nawet świeżych śliwek, ale dalej zachowująca mocną kwasowość i potoczystość. W posmaku ponownie zostają z nami garbniki, tutaj drobnoziarniste, opanowujące całe podniebienie.


Nie sposób dokładnie opisać wszystkich wartych wspomnienia win, dlatego na koniec przedstawiam jeszcze listę innych godnych uwagi producentów z Włoch, których spróbowałem na Summie 2022 – Ampeleia, Poggio Cagnano, Tenuta di Valgiano, Montevertine, Sandrone, Sincette, Toscani, Tenuta di Ghizzano.