Van Volxem – wielki człowiek, wielkie wina

Udostępnij ten post

Znaleźć Romana Niewodniczańskiego na dowolnej degustacji jest banalnym zadaniem. Nie tylko za sprawą jednej z dłuższych kolejek, jaka zwykle formuje się przed jego winami. Powód jest znacznie bardziej prozaiczny, Roman mógłby zostać gwiazdą NBA, przewyższa wszystkich degustujących zwykle o co najmniej głowę. Zresztą sami spójrzcie na jedno z poniższych zdjęć, na którym stoim przy futrynie. Na szczęście, zamiast kariery koszykarskiej jego życie potoczyło się zupełnie inaczej.


Szczypta historii

Podczas degustacji, którą poprowadził na Summie 2019 u Aloisa Lagedera, opowiadał o swoich winiarskich początkach. Gdy podjął już decyzję o rozpoczęciu tej przygody, był niemal w przede dniu zakupienia winnicy w RPA. W ostatniej chwili jego znajomy doradził mu, że trafia się okazja nabycia historycznej posiadłości Van Volxem nad Saarą (dotychczasowy właściciel miał problemy ze spłatą kredytów i musiał pilnie pozyskać gotówkę). To, co ostatecznie przekonało Romana, to pokazana mu karta win z paryskiego hotelu z końca XIX wieku. Butelki Van Volxem przebijały tam cenowo czołowe francuskie burgundy (i to kilkukrotnie).

Podobnych dowodów z USA, Francji, czy Anglii, świadczących o tym, jak bardzo doceniano kilkadziesiąt lat temu wina znad Sarry, czy Mozeli, Roman pokazał kilkanaście. Wszystkie były pieczołowicie skatalogowane, a obok przewijały się również wyciągi z ksiąg podatkowych, gdzie parcele obecnie zajmowane przez jego winnice były wskazywane jako te, od których właściciele płacili najwyższe podatki. Ta część wystąpienia przypominała nam nieco wykład historyka winiarstwa, ale widać było, że on tym autentycznie żyje i jest dumny z posiadania takich historycznych winnic. A nabycie ich nie było łatwym zadaniem. Wspominał, że w ciągu minionych lat musiał negocjować zakup parceli od kilkuset lokalnych rolników. Wszystko znów za sprawą historii, gdyż ta część obecnych Niemiec była przez dłuższy czas pod francuskimi rządami i obowiązujący tu Kodeks Napoleona, a dokładnie jego postanowienia dotyczące dziedziczenia, sprzyjały znacznemu rozdrobnieniu parceli (podobne problemy znajdziemy w Burgundii).

Trudno też uwierzyć (zwłaszcza jeśli przeczytacie kolejny akapit), że również jego finansowe początki nie były łatwe. Ojciec Tomasz Niewodniczański (znany fizyk jądrowy polskiego pochodzenia, kolekcjoner dzieł sztuki, żonaty z dziedziczką firmy Bitburger – jednego z największych niemieckich browarów), do którego udał się w celu pomocy w sfinansowaniu zakupu winnic, delikatnie mówiąc odprawił go z kwitkiem. Na szczęście zlitowała się nad nim babcia, choć nie była to pożyczka nieoprocentowana. Obserwując jednak sukces win Van Volxem, na pewno opłaciło się to wszystkim stronom.

I nowoczesnego desingu

O tym, że Roman nie siedzi tylko w książkach przekonały niedowiarków kolejne minuty. Pokazał nam bowiem wizualizację i mocno już zaawansowane prace nad nowo budowaną winiarnią. A jest co podziwiać! Designerski budynek (zaprojektowali go ci sami architekci, którzy odpowiadają za siedzibę Cantiny Tramin) zlokalizowano na szczycie winnicy z przepięknym widokiem na przypływającą u podnóża Saarę. Winiarnia jest oczywiście zaprojektowana tak, aby przepływ wina przez poszczególne etapy winifikacji odbywał się dzięki sile grawitacji, bez konieczności angażowania energii elektrycznej. Dodatkowo dzięki panelom słonecznym i nowoczesnym pompom ciepła, cały budynek jest pasywny, w ogóle nie zużywający zewnętrznej energii elektrycznej ani wody. Huczne otwarcie planowane jest za kilka miesięcy, więc odwiedzając Van Volxem jesienią, macie szansę spróbować win w przestronnej sali degustacyjnej z widokiem na okoliczne winnice.

Ciekawostką jest również to, że na winnicy pracuje wielu Polaków, właściwie większość – Roman z wielkim uznaniem i szacunkiem wypowiadał się o ich zaangażowaniu, ciężkiej pracy, o szacunku dla winorośli, o tym jak jest im wdzięczny, że są częścią historii Van Volxem.

Degustacja 

Zgodnie z planem degustacja miała polegać na spróbowaniu kilku roczników czołowej etykiety z portoflio producenta – Scharzhofberger Pergentsknopp Grosses Gewächs. Niestety, zaszwankowała logistyka i zaplanowane na to popołudnie wina nie dotarły do Alto Adige. Niezrażony tym Roman przebudował listę win i ostatecznie spróbowaliśmy poniższych pozycji.

Niektóre wina dostępne są w Polsce w ofercie Mielżyńskiego, w takim przypadku podajemy ich ceny.

Van Volxem Saar Riesling 2016 (79,50 zł)

Ta pozycja odpowiada za mniej więcej połowę produkcji producenta i ma za zadanie zapoznać konsumentów z jego stylem. Producent opowiadał, że uwielbia wina precyzyjne, z kwasowością ostrą jak samurajski miecz, ale (co niezwykle istotne) musi ona pochodzić z dojrzałych owoców. To wino stanowi świetne odzwierciedlenie jego słów. Mamy tu podaną w odpowiednich dawkach mocną kwasowość, sporo mineralności i akcentów jabłek, gruszek oraz cytryn. Jakość owocowości jest świetna, wino jest niebywale żywe i chrupkie, przepięknie soczyste, eleganckie. Bardzo dobre+ (91/100).

Van Volxem Wiltinger Riesling 2016 (85 zł)

Przechodzimy na poziom wyżej, do pozycji z winnic leżących w pojedynczej gminie. W porównaniu do poprzednika ten Riesling jest bardziej naprężony, postawiony do pionu, chłodniejszy. Idzie w stronę górskiej, kamiennej czystości i jeszcze potężniejszej dawki minerałów. Dopiero daleko w tle majaczą nuty cytrynowo-jabłkowe. W finiszu zaskakuje również odrobina akcentów tropikalnych (marakuja). Imponująca jest jego struktura, niebywale napięta, elektryczna. Znakomite (93/100).

Van Volxem Wiltinger Volz Erste Lage Riesling 2016

Hop w górę i jesteśmy już na poziomie Erste Lage. Volz to wydzielona część większej winnicy Brauenfels, położona zaraz obok jeszcze bardziej słynnego Scharzhofbergeru. Owoce pochodzą ze starych, ponad 60-letnich krzewów. Na razie aromat jest bardzo zachowawczy, ale to co dzieje się na podniebieniu to prawdziwa uczta dla zmysłów. Mamy tu bowiem zarówno pięknie zarysowany, dojrzały, a przy tym wciąż soczysty owoc (jabłka, cytryny w syropie, marakuja), do tego przepiękną, skrzącą się mineralność i delikatnie woskowo-miodowe tło. Żywe, z ciągnącym się praktycznie w nieskończoność finiszem. Wspaniałe wino, które jest przecież zaledwie na początku swojej grozi. Arcydzieło (96/100).

Van Volxem Scharzhofberger Pergentsknopp Riesling Grosses Gewächs 2016

Scharzhofberger to siedlisko legendarne (historycznie była to jedna z najdroższych niemieckich parceli), stąd swoje wspaniałe wina produkuje m.in. Egon Müller. Znajduje się w bocznej dolince odchodzącej od Saary przy Wiltinger, nachylenie dochodzi do 60%, zaś tutejsza gleba składa się z niebieskich i czerwonych łupków. Pergentsknopp to wydorębniona część znajdująca się mniej więcej w centralnej części wzgórza, bliżej jego szczytu. Próbowanie tak młodego wina tej klasy zakrawa niemal na świętokradztwo. Zapach jest skąpy, jeszcze ekstremalnie zamknięty, dopiero w tle zaczyna się rozwijać fala cytryn i jabłek. Za to w ustach koncentracja już teraz jest oszałamiająca. Co prawda wszystkie elementy są jeszcze blisko siebie, napakowane i nie mają szansy na rozpostarcie się w pełni, ale suma tych poszczególnych składników jest przepiękna, a każdy z nich dopracowany w najmniejszym stopniu. Niesamowita struktura. Arcydzieło+ (97/100).

Van Volxem Scharzhofberger Pergentsknopp Riesling Grosses Gewächs 2014

O dwa lata starsze wino pochodziło z koszmarnego roku, w którym Roman stracił wiele owoców, ale jak przyznaje, to co pozostało było obłędnej jakości. Czuć to w winie, które zbliża się do 100 punktów. Smakuje tak, jakby owoce zatopione zostały najpierw w czystej wodzie spływającej wprost z lodowca, a potem skropione kilkoma kroplami miodu. Rozbierając wszystko na czynniki pierwsze mamy tu słodkawe jabłka, gruszki, cytryny i delikatnie mgnienie tropików. Mineralność spływa do gardła zamrażającą niemal wszystko strugą. Trudno wyrazić to słowami, ale był to po prostu najlepszych Riesling jaki do tej pory próbowaliśmy. Absolut– (98/100).

Van Volxem Ritterpfad Riesling Kabinett 2016

Wciąż medytowaliśmy nad pustym już kieliszkiem, dlatego może niezbyt dokładnie skupiliśmy się na ostatnim winie. Wydało się nam jeszcze młodziutkie, nie do końca poukładane, ale za to super soczyste. Delikatna słodycz mieszała się z ożywczą kwasowością, tworząc bardzo odświeżającą całość. Bardzo dobre (90/100).


To nie było nasze pierwsze spotkanie z winami Van Volxem, ale z każdego wychodzimy zachwyceni. Roman ma w sobie coś hipnotyzującego, można się zżymać, że bywa apodyktyczny, nieznoszący sprzeciwu, ale jest też po prostu świadomy klasy win, które produkuje. A te stoją na absolutnie najwyższym poziomie.