Quintarelli Rosso del Bepi 2002

Są tacy winiarze, o których nie czujemy się godni napisać posta. Onieśmielają nas swoją wielkością, darzymy ich olbrzymim szacunkiem (nawet jeśli nie mieliśmy okazji ich osobiście poznać). Wydaje się nam, że co byśmy o nich nie napisali i tak będzie to zbyt banalne, za proste, mało odkrywcze. Boimy się, że naszymi słowami niemal zbrukamy ich posągowość, gdyż nie jesteśmy w stanie oddać w pełni szacunku jakim ich darzymy. Tym niemniej za sprawą Enowersytetu, którzy jako temat na kolejną edycję Winnych Wtorków wybrali wina wyprodukowane lub związane z osobą, której historię warto przedstawić, dziś z jedną z takich osób musimy się zmierzyć.
Wykorzystamy tę okazję, aby opowiedzieć o butelce, którą otworzyliśmy już jakiś czas temu, ale do tej pory nie mieliśmy odwagi opisać. Jak bowiem ubrać w słowa historię o legendzie Valpolicelli, o producencie, którego nazwanie tradycyjnym nawet w połowie nie oddaje jego przywiązania do starego, klasycznego stylu, w końcu o człowieku, którego niestety od 2012 roku nie ma już z nami (odszedł 15 stycznia, mamy więc niemal dokładnie czwartą rocznicę jego śmierci)…
Giuseppe (dla bliskich Bepi) Quintarelli, bo o nim mowa, przykładał zawsze niebywałą wagę do jakości swoich win. Praktycznie w przypadku wszystkich etykiet (nawet tych najprostszych) używał metody stosowanej dla Amarone, a więc podsuszania gron. Wina dojrzewały w tradycyjnych, dużych beczkach ze slawońskiego dębu przez czas znacznie dłuższy niż wymagają przepisy apelacyjne (w przypadku Reservy było to 10 lat). Co więcej słynne i niesamowicie drogie Amarone (kosztujące lekko ponad 300 eur za butelkę) produkował jedynie w najlepszych rocznikach, a w tych słabszych zawsze deklasował je do poziomu IGT i butelkował pod etykieta „Rosso del Bepi” (nie było też tajemnicą, że zwykle były one lepsze od zdecydowanej większości Amarone innych producentów). Nie był jednak ortodoksem, jako jeden z pierwszych producentów w Valpolicelli rozpoczął uprawę Caberneta Sauvignon i Merlota, choć również te winogrona były podsuszane nim przystępowano do wytłoczenia z nich soku. Należy również podkreślić, że jeszcze w ostatnich latach życia, przekazał stery swojej żonie, dzieciom i wnukom, a rodzina zadeklarowała wówczas, że nie zamierza nic zmieniać jeśli chodzi o sposób produkcji i jest wierna po dziś dzień temu postanowieniu.
Nie udał się nam go poznać, ale mamy wrażenie, że odkrywaliśmy go właśnie poprzez jego wina. W tych butelkach zamknięty był jego charakter, filozofia, stanowią one swoisty winiarski testament. Dla nas, którzy nie lubimy nowoczesnego, słodkiego stylu Amarone, te wina były kwintesencją świeżości, koncentracji i fascynującej wielowymiarowości.
Jakiś czas temu dzięki spontanicznemu spotkaniu z Karoliną i Sebastianem (Zdegustowanym), nadarzył się preteks do otwarcia posiadanej przez nas butelki Quintarelli Rosso del Bepi 2002 (zakupione swojego czasu w Salute). Już same użyte odmiany budzą ciekawość. Obok klasycznych dla Valpolicelli szczepów Corviny, Corvinone i Rondinelli mamy tu również Nebbiolo (!), Cabereta Sauvignon, Sangiovese (!) oraz Croatinę. Obserwowanie jak zmienia się takie wino wraz z każdym kolejnym kieliszkiem, jak ewoluuje, odsłania coraz to nowe oblicze, było zawsze niesamowitym przeżyciem (zwłaszcza, gdy tak jak wówczas wino wcześniej nie było dekantowane). Pierwszy kieliszek był raczej zamknięty, pod dyktando opadłych z drzewa, już butwiejących liści i suchego drewna. Kolejny to zwrot w stronę dojrzałych wiśni i suszonych śliwek, pojawia się znacznie więcej słodyczy i nut likierowych. Wraz z następnym do tej owocowości doszły jeszcze nuty żwiru, czarnoziemu, liścia laurowego i likieru z czarnej porzeczki. W smaku pięknie soczyste, zupełnie nie przemęczone, wręcz w kwiecie wieku. Ze świetną kwasowością, zaokrąglonymi taninami ale i niesamowitą, potężną koncentracją. Wielkie wino, warte absolutnie każdej wydanej na nie złotówki. Arcydzieło.
Pamiętamy jak siedzieliśmy wtedy, każdy z kieliszkiem wina. Nawet nie musieliśmy wiele mówić. Z grymasów twarzy, mruknięć, wymienianych spojrzeń, roziskrzonych oczu wyłaniała się opowieść o tej butelce. Na metafizycznym poziomie osiągnęliśmy przy niej absolutne porozumienie. Dla takich butelek żyje każdy fan wina.
A jaką historię pozostali blogerzy: