Ostatnio otwarte butelki – Kamptal, Niemcy i Talbot

Udostępnij ten post

Po raz kolejny chcemy przedstawić kilka win, które mieliśmy okazję spróbować w ostatnich tygodniach, ze szczególnym uwzględnieniem butelek, które otworzyliśmy podczas Wielkanocy. W najbliższych dniach wybieramy się na winny festiwal do Kamptalu i Kremstal. Aby wprowadzić się już w odpowiedni nastrój, podczas tych dni spróbowaliśmy wyjątkowo dużo win z Austrii. Najbardziej zapadły nam w pamięci dwie pozycje od producentów, których zresztą będziemy chcieli odwiedzić na miejscu.

Obie pochodzą z Kamptalu, a pierwsza z nich to Weingut Birgit Eichinger Wechselberg Grüner Veltliner 2015 (Wine&You). Wechselberg to wzgórze leżące zaraz obok sklasyfikowanego jako winnica Erste Lage Gaisbergu, mające idealną południową ekspozycję. W nosie wyczuwalne są dojrzałe jabłka oraz (mimo, iż wino już rok spędziło w butelce) nieco drożdży. W ustach o średniej, ale jednak wciąż wyczuwalnej kwasowości. Do tego delikatny niuans maślany, woskowy, oraz nieco ziół i pieprzu. Wino jest dość delikatne, trochę wycofane, ale przy tym bardzo czyste. My piliśmy je m.in. do sałatki jarzynowej (świetnie się sprawdziło) i smażonej białej kiełbaski (tutaj jednak przegrało z innymi pozycjami). Ale z chęcią spróbowalibyśmy je również do kurczaka w maślanym sosie. Bardzo dobre-.

Kamptal jest obok Wachau naszym ulubionym austriackim regionem winiarskim. Pozostając w tym samym miasteczku Strass, udaliśmy się do słynnej winnicy Heiligenstein. Weingut Topf Heiligenstein Erste Lage Riesling Kamptal Reserve 2012 (zakupiona swojego czasu na lotnisku w Wiedniu) ma w sobie delikatne nuty kiszone, maślane, ale wszystko osadzone jest solidnej mineralnej podbudowie. Wyczuwalne jest też utlenienie, które po chwili na szczęście zanika. W ustach mamy wosk pszczeli, sporo ciała i bardzo przyjemną koncentrację. Kwasowość choć oczywiście obecna, mogłaby być gwoli prawdy nieco mocniej zaakcentowana. Butelka, którą jeszcze można odłożyć na co najmniej 2-3 lata. Przy wspomnianej już białej kiełbasie sprawiła się znacznie lepiej od poprzednika. Bardzo dobre-. 

Pozostając w rieslingowych klimatach przeskoczyliśmy do Mozeli, a dokładniej nad Saarę, na spotkanie z jednym z najbardziej charakterystycznych miejscowych producentów, jakim jest Roman Niewodniczański. Pisaliśmy o nim samym więcej przy okazji naszej ubiegłorocznej wizyty na Mythos Mosel. Jego Weingut Van Volxem Wiltinger Riesling 2015 (zakupione w Niemczech, w Polsce niektóre pozycje dostępne u Mielżyńskiego) to wino, w którym próżno doszukać się wielu akcentów owocowych. Zapach jest bardzo surowy, kamienny i mineralny. Jest za to po prostu esencja tej królewskiej odmiany jaką jest Riesling, przefiltrowana przez żwir z górskiego potoku. Kwasowości jest bardzo mocna, widoczna zwłaszcza w długim zażarcie atakującym szkliwo naszych zębów finiszu. Wino wciąż bardzo młode, warto dać mu jeszcze kilka lat dojrzewania, bo z pewnością odwdzięczy się z nawiązką. Fascynujące i pozostające na długo w pamięci. Bardzo dobre.

Choć przy wielkanocnym stole dominują u nas wina białe, to jednak trafiają się również czerwone pozycje. Jedną z nich był Wittmann Westhofener Spätburgunder Trocken 2011 (zakupione w Niemczech), czyli butelka od czołowego winiarza z Rheinhessen. Ma ono leśny, ściółkowy zapach, w którym odnajdziemy trochę igliwia, ale i wiśni, truskawek. Usta dość lekkie, z ładną kwasowością, obudowaną przez nuty dymne, wędzone. Mimo sześciu lat, dalej bardzo świeże i przyjemnie soczyste. Owocość jest naprawdę świetna, a samo przestrzenne. Pasowało nam idealnie do duszonych roladek z wołowiny. Bardzo dobre.

Już w Warszawie wspólnie z Sebastianem (Zdegustowany) otworzyliśmy zachomikowaną od czasów dostępności w Lidlu Château Talbot Saint-Julien Grand Cru Classé 2010. Pojawienie się tego wina na dyskontowych półkach było swojego czasu dużym winiarskim wydarzeniem. Nie jest to bowiem byle jaka butelka, producent jest sklasyfikowany w słynnej bordoskiej klasyfikacji 1855 na czwartym poziomie (Quatrièmes Crus), a obecnie cieszy się jeszcze większą renomą. Wino potwierdziło oczekiwaną od niego jakość. Miało w sobie wszystko, czego po Bordeaux należy oczekiwać – ładny porzeczkowy owoc, dodatek w postaci nut mięsnych, rosołowych i żwirowych. Do tego odpowiednia struktura, utrzymująca się w dobrym stanie kwasowość i drapiące taniny. Całość była trafiona w punkt, zamknięta i kompletna. Spróbowaliśmy je do steka i po raz kolejny okazało się, że wołowina i Bordeaux to idealna para. Bardzo dobre+.

To tyle gdy mowa o tym, co już za nami. A jeśli chodzi o najbliższe plany… Chwilowo nasza blogowa aktywność może być nieco niższa. Przed nami kolejny winiarski wyjazd. Obserwujcie nasze profile na Instagramie i Facebooku, tam relacja będzie odbywała się niemal na żywo.