Blogerzy wybierają najlepsze musiaki na Święta i Sylwestra

„Blogerska brać” niezależnie od dziedziny bywa mniej zintegrowana niż oczekiwaliby tego zapewnie czytelnicy. Oczywiście powodów ku temu jest wiele, przede wszystkim: brak czasu, obowiązki zawodowe, priorytety rodzinne, na kanwie masa własnych pomysłów czy inicjatyw. Są jednak chwile, kiedy garstce z nas uda się wygospodarować całe popołudnie i wykorzystać wolny czas, na to by wspólnie przysiąść przy większej degustacji i „pomedytować”, a i nie rzadko nauczyć się czegoś od siebie.
To już kolejny raz, kiedy w blogerskim gronie postanowiliśmy wziąć na warsztat wina udostępnione nam przez importerów. Kilka tygodni temu tematem naszego spotkania były wina na jesień, a tym razem w związku ze zbliżającymi się Świętami Bożego Narodzenia oraz Sylwestrem, pochyliliśmy się nad musiakami. Badania pokazują, że spożycie win musujących w naszym kraju stopniowo rośnie, więc i importerzy coraz odważniej po nie sięgają, dzięki czemu sklepowe półki nie zieją nudą.
Na początek musimy przyznać, że nasze „winne spotkania”, nabrały pełnych kolorów dzięki kuchni, a idąc dalej należy w tym miejscu wspomnieć o osobie Dominiki Bień (Nóż i Widelec), bez której ten wieczór nie miałby takich zapachów i smaków. „Skromnie” (20 butelek) postanowiliśmy dowieść, że wspomniane musiaki mogą być wspaniałym partnerem do świątecznego stołu (to, że bąbelki to pozycja obowiązkowa do powitania Nowego Roku chyba nikogo nie musimy przekonywać). Jako, że skupiliśmy się nad doborem butelek pod konkretne dania zrezygnowaliśmy z bardziej konserwatywnego uszeregowania win od bardziej wytrawnych, do tych z większym poziomem cukru, czy też podzieleniem na kategorie (Prosecco, Cava, Cremant, Champagne). Zamiast uporządkowania na pierwszym planie miał być luz, zabawa smakiem, poszukiwania niecodziennych połączeń. Podsumowując wstęp do recenzji spotkania: Dominika zaserwowała wspaniałe menu, a my kolejno do każdego dania spróbowaliśmy kilka kieliszków musiaków, które wcześniej otrzymaliśmy od importerów.
Za nim przejdziemy do degustacji mała uwaga – ocena każdego z win jest jego oceną solo. O tym jak smakowało do danego dania możecie wyczytać w dodatkowym fragmencie. Jeśli komuś wyda się to pomocne, na czerwono zaznaczyliśmy wina, które wyjątkowo przypadły nam (czytaj Marta/Robert) do gustu.
Na aperitif, spróbowaliśmy Weiber Cremant d’Alsace Brut (Lidl, 27,99 zł). Jest mocno cytrusowy z majaczącymi na horyzoncie delikatnymi nutami drożdżowymi oraz skórką zielonego ogórka. W ustach z ładną kwasowością, drobnymi bąbelkami i długim finiszem. Proste, ale i przyjemne, orzeźwiające. Świetne na pobudzenie żołądka przed samym posiłkiem. Dobre-.
Pierwszym daniem, które wylądowało na naszych talerzach był tatar z łososia z awokado, ogórkiem, kiszoną cytryną, szalotką, czarnuszką i solą morską. Spróbowaliśmy do niego Familia Oliveda Cava Brut Nature Reserva (El Catador, 39,99 zł). Wino spędziło na osadzie 30 miesięcy i jego wyraźnie drożdżowy, palony zapach o tym przypomina. Do tego dochodzą jeszcze palone jabłka. Niestety rozczarowuje w ustach, gdzie jest pusta i bez wyrazu. Osoby przy stole mające z tym winem wcześniejszy kontakt miały zdecydowanie inne wspomnienia, więc może trafiła się nam nieco gorsza butelka. Stąd też i do dania wypadła niezadowalająco. Średnie+.
Jo Landron Vin Musseux Brut Nature Atmosphères (DELiWINA, 85 zł) wino od jednego z emblematycznych producentów z Doliny Loary, który słynie z wysokiej klasy Muscadetów. Winnica jest prowadzona biodynamicznie, a wina charakteryzują się surowością, mineralnością i naturalnym podejściem do produkcji. Mamy ciekawy kupaż rzadko spotykanej odmiany Folle Blanche (80%) uzupełnionej o Pinot Noir, a wino dwa lata spędza na osadzie. Pite solo jest wycofane, zamknięte w sobie, za to wyraźnie ożywia się przy jedzeniu. Wychodzi wtedy przyjemna owocowość spod znaku gruszek i soczystych jabłek, okraszona dobrą kwasowością i mineralnym finiszem. Bardzo ładnie połączyło się z łososiem, zagrały zwłaszcza powtarzające się w potrawie i winie słonawe nuty. Bardzo dobre-.
Mimo naszej miłości do win z Austrii, praktycznie na jedne ręce jesteśmy w stanie zliczyć spróbowane stamtąd musiaki. Tym razem nasze doświadczenia powiększyły się o Schlumberger Grüner Veltliner Brut 2014 (Vininova, 59 zł). Mamy przykład odwrotny do poprzedniej butelki, wino lepiej wypadło solo niż w połączeniu z tatarem. Jest mineralne, ziołowe, z dodatkiem tonów jabłkowych i przyjemną kwasowością. Niestety ten cały przyjemny charakter zagubił się w połączeniu z rybą, a wino stało się mało wyraźne. Dobre-.
Melon i prosciutto to przekąska szybka do przygotowania, świetnie sprawdzi się na Sylwestra i do niej mieliśmy nadzieję dość łatwo dobrać odpowiednią butelkę. W przypadku Vigne Matte Conegliano Valdobbiadene Prosecco Superiore Millesimatte Extra Dry (13Win, 60,27 zł) chodziło nam o połączenie słodyczy wina i owocu. Efekt dość udany, lekko landrynkowe Prosecco w połączeniu z melonem pokazało przyjemną świeżość i kwasowość. Dobre+.
Zupełnie inne było La Coulture Prosecco Rive di Santo Stefano Gerardo (La Barbatelle, 79 zł). Tu mamy butelkę pochodzącą z pojedycznego cru (rive), jakie wyodrębniono w ramach apelacji. Jest surowe, niemal gotyckie w swojej posągowości, trudno uwierzyć, że mamy do czynienia z „rozrywkowym winem” za jakie przecież uchodzi Prosecco. Niestety z przekąską jego niski cukier (5 gram) jednak nie pasował, a butelka stała zupełnie obok jedzenia. Bardzo dobre-.
O ile w przypadku pierwszego Prosecco chodziło nam o wywołanie efektu synergii, tak przy Champagne Jacques Picard Maxime Bellois Brut (Lidl, 79,90 zł) mieliśmy nadzieję na grę przeciwieństw. Wino jest bowiem mocno cytrynowe, kwasowość jest aż nawet przeciągnięta, może się niektórym nie podobać. W tle czają się też akcenty palone i drożdżowe. Spróbowane do dania, świetnie podbiło soczystość melona i nieco przygasiło tłustość szynki, bardzo ciekawe połączenie. Bardzo dobre-.
Ledwo chwilę odsapnęliśmy, a na stole znalazły się roladki z cukinii z mozarellą i suszonymi pomidorami. Ponownie wydawało nam się, że nie powinno być z tym daniem problemów… Domaine de Dusenbach Cremant d’Alsace (Wine&You, 59 zł) to kupaż Pinot Blanc (80%) oraz Auxerrois, pachnący przypieczonymi jabłkami z dodatkiem zielonych i liściastych akcentów. Bardzo świeże, lekkie, owocowe, z ładnymi bąbelkami. Okazało się jednak, że to przyjemne wino w połączeniu z cukinią poszło gdzieś obok, zamiast płynąć z potrawą w głównym nurcie. Dobre+.
Za to kolejne wino okazało się najlepszym winem wieczoru. Ale czemu się tu dziwić, skoro mowa o Ferrari Brut (Partner Center, 139 zł). Warto sobie jednak uzmysłowić, że mamy tak naprawdę do czynienia z podstawym winem tego producenta, gwiazdy apelacji Trento DOC z północy Włoch. Trentodoc (jak bywają zwane to wina) to wielki nieobecny polskiej sceny winiarskiej (choć paradoksalnie po Szampanii jest to największa europejska apelacja produkująca wina metodą tradycyjną). Butelki, które jakością nie odstępują Franciacorty, wciąż walczą o rozpoznawalność poza granicami Włoch. Jest tu wszystko czego od musiaka oczekujemy: solidna dawka nut drożdżowych i chlebowych, orzeźwiająca kwasowość, wyraźna wytrawność (zaledwie 3 gramy cukru), gęste bąbelki, finisz pod dyktando palonego masła. Świetnie pasowało do dania, ale przede wszystkim pite solo okazało się pięknym winem. Lekkość, ale i precyzja wykonania, klasa. Bardzo dobre+.
Ostatnią z przekąsek były crostini podane z pieczarkami portobello. Tu po raz kolejny przekonaliśmy się, że czasem wino ocenione przez nas świetnie solo, nie odnajduje się idealnie w połączeniu z jedzeniem (z naszą propozycją oczywiście). Miało to miejsce w przypadku Deliance Pere et Flis Cremant de Bourgogne Brut Reserva (Vins de France, 79 zł). Wino ma ładny, elegancki owoc. Do tego pojawiają się nuty kwiatowe, różane. Na podniebieniu pełne, kremowe, wiśniowo-poziomkowe. Z grzybami wypadło za to blado, nie straciło co prawda nic ze swego charakteru, ale i nie dawało nic daniu. Bardzo dobre-.
Zaraz po nim pojawiło się najdroższe wino wieczoru – Bellavista Franciacorta Brut (La Barbatelle, 179 zł). Niestety pokazuje ono problem, w jaki wpada Franciacorta, której ceny ocierające się o poziomy zajmowane przez Champagny, niestety nie mają w sobie tej budowanej przez dziesięciolecia marketingowej „podbudówki”, jak kuzyni z Francji i nie spotykają się ze zrozumieniem wsród konsumentów. Samo wino jest bardzo ładnie zbudowane, ma mocną kwasowość, bąbelki są gęste. Pojawia się przyjemna owocowość (gruszki i słodkie jabłka). Ładnie dopełniło pieczarki, dodając świeżości. Bardzo dobre-.
Pozytywnym zaskoczeniem okazała się butelka z RPA: Graham Beck Blanc de Blancs 2010 (Southwine, 79 zł). Mamy 100% Chardonnay, połowa fermentuje w małych francuskich beczkach, a następnie wino przez 36 miesięcy dojrzewa na osadzie w butelkach. W efekcie jest pełne nut orzechowych, utlenionych, tostowych. Mniej tu owocu, więcej dębiny, palonego masła. Solo jest to trudna butelka, ale ze smażonymi grzybami te nuty zagrały wprost idealnie, dając najlepsze połączenie wieczoru. Bardzo dobre.
Choć w brzuchach mieliśmy coraz mniej miejsca, nadszedł czas na filety z dorady z pieczonymi warzywami i sosem beurre blanc. Do pierwszej pary z daniem wybraliśmy Bailly Lapierre Vive-la-Joie Cremant de Bourgogne Brut 2008 (Vininova, 114 zł). W nosie o nutach pieczonych jabłek i gruszek. Bardzo ładnie perliste, na podniebieniu kwaskowe, cytrynowe, odświeżające. Chyba jeszcze lepiej zagrało z rybą, gdzie ładnie podkreśliło kremowość sosu. Bardzo dobre+.
Drugą butelka był Champagne Marquis de Bel Aires Brut (Winkolekcja, 129 zl). W skład butelki wchodzi 60% Pinot Meunier oraz 40% Pinot Noir, można więc powiedzieć że mamy tu wino „blanc de noir” (białe wino wytworzone z czerwonych odmian). Nos jest słodkawy, z nutami przypieczonych jabłek, szarlotki, skórki chlebowej. Bardzo atrakcyjne, żywe i świeże. Dobrze pasowało do samej ryby, ale nie zgodziło się z sosem tak dobrze jak poprzednik. Bardzo dobre-.
O tym, że wina musujące mogą udźwignąć również mięsne potrawy, chcieliśmy się przekonać próbując ich do polędwiczki wieprzowej z glazurą z melasy z granatów, z dodatkiem puree z pietruszki i selera, liści szpinaku i granatu. Pierwszy wybór był może nie taki oczywisty, gdyż zdecydowaliśmy się na Malibran Gorio Prosecco Valdobbiadene Extra Dry (Vini e Affini, 59 zł). Musimy przyznać, że to jedno z naszych ulubionych Prosecco na polskim rynku. Jest przyjemnie owocowe, melonowe, delikatnie słodkawe, choć nie wpadające w nuty oranżadowe. Do codziennego popijania lub na aperitif nadaje się doskonale. W starciu z jedzeniem niestety wyszły jego braki: w postaci niskiej kwasowości, przez co wydawało się bardzo mdłe, a chyba najlepiej pasowało do samego puree. Dobre+.
Odrobinę lepiej (choć dalej nie idealnie) wypadła Torre Blanca Cava Brut Rosat (Wine&You, 44 zł). W kieliszku znalazł się kupaż Pinot Noir oraz Grenache, który wcześniej dwa lata dojrzewa na osadzie. Samo wino ma oszczędny aromat, za to bardzo przyjemne, owocowe usta (poziomki, kwaskowe wiśnie). W finiszu pojawia się dodatkowo ciekawa ziołowość. W połączeniu z polędwiczką straciło nieco swojej żwawości, ale nie zniknęło całkowicie, a dodatkowo świetnie zgrało się z dodatkami. Bardzo dobre-.
Deserem było semifredo di ricotta, więc nasze myśli powędrowały do win z wyraźnym cukrem resztkowy. Redentore Prosecco Extra Dry (M&P, 49 zł) jest soczyście owocowe z utami chrupkich jabłek i dojrzałych gruszek. Z jedzeniem wyszło z niego jeszcze więcej owocu i fajnie podkreśliło świeżość semifredo. Dobre+.
Drugi z pretendentów do idealnego wina na deser to Bisol Desiderio Jelo Colmei Prosecco di Valdobbiadene Superiore Extra Dry (Winkolekcja, 64,90 zł). W wyrazie jest nieco mniej ekspresyjne od poprzednika, co generalnie wypada na plus, gdy pije się je solo. Jednak w połączeniu z semifredo straciło nieco na wdzięku. Dobre+.
Trafiły się nam połączenia świetne, ale były i pary zupełnie nie trafione. Jednak degustacja pokazała przede wszystkim, że wybór kapitalnych win musujących w różnych przedziałach cenowych nie jest trudnym zadaniem, dla nas był przyjemnością, ale dzięki temu wiemy, że i Wy będziecie mieli w czym wybierać. Do Świąt i Sylwestra macie jeszcze chwilę czasu, by zrobić sobie zapas.
P.S. Dziękujemy firmie Tableart za udostępnienie nam kieliszków Spiegelau.
A tu przeczytacie o wrażeniach pozostałych uczestników: