Lidl wraca na Węgry

Obserwując półki Lidla w ostatnich miesiącach można zauważyć pewną zmianę koncepcji. Zamiast wielkich ofert pojawiających się co kilka miesięcy mamy do czynienia z selekcjami mniejszymi, ale wypuszczanymi znacznie częściej. Pod koniec lipca można było zaopatrzyć się w wina z Półwyspu Iberyjskiego (dwa z nich opisaliśmy na blogu), a już od ubiegłego tygodnia do sklepów wjechały wina z Węgier.
Niestety ma to również swoje minusy. Wiele osób już o tym pisało, ale nie sposób przejść nad tym do porządku dziennego. To jak wygląda prezentacja win z poszczególnych sklepach (a odwiedziliśmy ostatnio kilka w różnych lokalizacjach) woła o pomstę do nieba. Dość wspomnieć, że oferta win z Węgier była rozłożona w trzech różnych miejscach, niektóre etykiety były ze sobą przemieszane, przy innych brakowało ceny. Nie lepiej prezentowały się pozostałości poprzednich selekcji. Niemiecki dyskont od zawsze kojarzył nam się z porządkiem, ale ostatnio nasze spojrzenie musiało niestety ulec zrewidowaniu.
Wróćmy jednak do samych win, czyli głównych bohaterów dzisiejszego wpisu. Na początek przypomnijmy sobie kilka faktów z historii. Pierwsza selekcja win od Madziarów była dużym sukcesem i spotkała się ze sporym zainteresowaniem naszym rodaków, druga (wprowadzona w lutym) nieco przygasiła ten entuzjazm, dlatego tym razem nie nastawialiśmy się już na olśnienie, ale mieliśmy nadzieję na znalezienie kilku ciekawych etykiet.
Na pewno cieszy mocna reprezentacja znanego producenta z Tokaju – Dereszla. Można wybierać w trzech winach różniących się od siebie poziomiem słodyczy. Szkoda, że zabrakło wina zupełnie wytrawnego. Jako pierwszego spróbowaliśmy Dereszla Tokaji Furmint 2015 (19,99 zł). Na kontretykiecie oznaczone jako półwytrawne. W nosie bardzo świeże, choć odrobinę drożdżowe (widać, że dopiero niedawno zabutelkowane). Jednak zza tych nut wyziera świeży owoc pod postacią słodkich jabłek i melona. Do tego można wyczuć trochę ziół (bazylia). Usta mniej wyraźne, rozmywające się między niewysoką kwasowością i nijakim finiszem. Cukier ani nie zaokrągla wina, ani nie kontruje kwasowości, jakby był gdzieś obok wszystkiego. Dobrze pić je mocno schłodzone, gdyż z każdym stopniem więcej wyraźnie traci i staje się mdłe. Może warto dać mu trochę więcej czasu (jak sugeruje Winiacz). Na razie nas nie zachwyciło. Dobre-.
Kolejna pozycja to Dereszla Tokaji Szamarodni 2013 (21,99 zł), a więc wino, do którego produkcji użyto zarówno gron dotkniętych szlachetną pleśnią, jak i niezaatakowanych przez nią. Taki sposób produkcji sprawia, że w tej kategorii win z Tokaju można spotkać pozycje dość znacznie różniące się poziom cukru resztkowego. Mniej tu oczywistej owocowości, bo pachnie zielonymi orzechami, konfiturą z zielonych pomidorów, cebulą i lanoliną. Usta świeże, delikatnie utlenione, z nie za dużą koncentracją, utemperowanym poziomem cukru i długim orzechowym posmakiem. Przyjemne, bo nie stanowiące słodkiego ulepka, a raczej dość żwawą pozycję. Dobre+.
Na sam koniec tego trio sięgamy po Chateau Dereszla Tokaji Aszu 5 puttonyos 2009 (59,99 zł). Tu mamy już zupełnie inną bajkę. Mamy wszytko to, co kochamy w słodkich winach z Tokaju – karmelizowane morele i brzoskwinie, miód lipowy, lakier do paznokci. W ustach z jednej strony z dobrą kwasowością, z drugiej nienachalnym, choć oczywiście wyczuwalnym cukrem. Wino mogłoby mieć nieco większą koncentrację (generalnie nos jest lepszy niż usta), ale w sumie możemy ten jeden mankament mu darować. Biorąc pod uwagę nadchodzącą jesień i wcale nie tak odległe święta Bożego Narodzenia warto zrobić sobie zapas. Bardzo dobre.
Na koniec przejdźmy do wina, które stało się przyczynkiem do bardzo ciekawej i pouczajacej dyskusji w winnej blogosferze – Juhasz Egri Bikaver 2011 (19,99 zł). Wspominany już przez nas Winiacz początkowo wskazał, że jedno zdaniem:
„Miała być bycza krew, ale tym razem byczek był słaby!”
Odmienną ocenę przedstawił MS-Sommelier, któremu butelka smakowała i który zalecił:
„Jeśli potraktujemy go jak „Burgunda”, schłodzimy do 16 stopni, poczekamy aż się w kieliszku otworzy, to i mięso odnajdziemy. Mimo wielu słów krytyki, mi się to wino podoba, szczególnie w kontekście ceny.”
Winiacz postanowił więc zweryfikować swoje zdanie, schłodził wino, zdekantował je i ocenił ponownie. Tym razem wypadło znacznie lepiej:
Jest o wiele lepiej! Wino nabrało gładkości, miękkości w strukturze, garbnik stał się aksamitny, kostyczność aromatu oddała pole ciepłej czerwonej porzeczce, wiśni, tytoniowi i lekkiej skórze. Zupełnie inne wino niż nalane od razu z butelki.
My zdecydowaliśmy się wina nie dekantować, natomiast rzeczywiście trochę je schłodziliśmy (około godzina w lodówce). Następnie zostało przez nas otwarte i od razu trafiło do kieliszków. Pachnie świetnie – czyściutkim, świeżym owocem pod dyktando wiśni i malin. Usta również lekkie, na pewno nie jest to „bycza krew” gęsta i mocarna, raczej powietrzna i finezyjna. Mamy ponownie kwaskowate wiśnie przyprószone delikatnie ziołowym pyłem. Kwasowość i bardzo delikatne taniny dopełniają obrazu tego wina. Musimy przyznać, że taka wersja kultowego węgierskiego wina nam smakowała. Dobre+.
Nie oceniając całości oferty, prezentowane przez nas wina stanowią kategorię butelek, które można wdzięcznie określić jako etykiety mające dobry stosunek jakości do ceny. Takie niezobowiązujące wina „do trzech dych” to właśnie segment, którym dyskonty chcą trafić do klientów i tym razem Lidl pokazał się pod tym kątem z dobrej strony.
P.S. Pierwsze i ostatnie wino otrzymaliśmy za Lidl Polska, dwa środkowe to nasz zakup własny.