Kolory Langwedocji w Winkolekcji

Twierdzi się, że wina soczyście owocowe, bardzo przyjazne, miękkie, z niezbyt wysoką kwasowością to pozycje, które powinny się podobać Polakom. Niestety, choć te kryteria są idealnie spełniane przez butelki pochodzące z Langwedocji, wciąż nie mogą się one przebić do szerszej świadomości wśród konsumentów. O ile południowa część Doliny Rodanu cieszy się rosnącym powodzeniem (choć pewnie głównie za sprawą niedrogich, poprawnych win oferowanych przez dyskonty i markety), to leżąca nieco dalej na zachód, bliżej granicy z Hiszpanią, Langwedocja, wciąż walczy o swoją szansę.
Trzeba zresztą przyznać, że tamtejsi winiarze od dawna nie mają lekkiego życia. Po epidemii filoksery było to jedno z miejsc, które najszybciej podniosły się z upadku, jednak chcąc szybko zrekompensować sobie stracone lata, producenci postanowili skupić się na plennych, ale mało ekscytujących szczepach, dodatkowo celując w jak największe zbiory. W efekcie wina z Langwedocji stały się symbolem nieciekawych, rozwodnionych butelek. Dodatkowo gdy ukształtował się wspólny europejski rynek, okazało się, że równie tragiczne, ale tańsze wina można spokojnie kupić w Hiszpanii, czy we Włoszech. Zaczęły być one importowane do Francji, kosztem konsumpcji langwedockich butelek. To wtedy narodziły się (istniejące do dziś) quasi-terrorystyczne organizacje w brutalny sposób (łącznie z podkładniem bomb) przeciwstawiające się tej praktyce. Na szczęście działania organów Unii Europejskiej w postaci dotowania karczowania winnic czy choćby ustanowienia systemu apelacyjnego (zwłaszcza kategorii win regionalnych, w Langwedocji zlokalizowana jest największa apelacja tej kategorii we Francji – IGP Pays d’Oc), przyniosły wymierne rezultaty. Przynajmniej cześć winiarzy postanowiła popracować nad poprawą jakości produkowanych win, w efekcie czego coraz częściej z Langwedocji przybywają do nas poważne butelki, a sam region pracuje nad odbudową swojej marki.
Pretekstem do przypomnienia sobie historii tego obecnie największego we Francji winnego regionu (250 tysięcy hektarów) była kolejna, cykliczna degustacja zorganizowana przez Winkolekcję i prowadzona przez Sławka Chrzczonowicza, w której mieliśmy przyjemność wziąć udział.
Rozpoczęliśmy od białego rarytasu, jakim jest w Polsce szczep Picpoul. Legenda głosi, że jego nazwa powstała od charakterystycznego dźwięku wydawanego przez kury, które miały w zwyczaju obgryzać krzewy tej odmiany. W Langwedocji jest uprawiana głownie w leżącej niemal nad samym Morzem Śródziemnych apelacji Picpoul de Pinet, a oprócz tego bywa spotykana w Dolinie Rodanu i jest jednym ze szczepów dopuszczonych do użycia w Châteauneuf-du-Pape. Moulin de Gassac Picpoul de Pinet 2015 (47 zł) pochodzi z organicznej uprawy, którą zmarły w tym roku Aimé Guibert, założyciel Moulin de Gassac, zorganizował po zakupie niewielkiej winncy w apelacji (roczna produkcja to jedynie 12 tysięcy butelek). Picpoul nazywany jest Muscadetem południa i rzeczywiście coś jest na rzeczy, zwłaszcza, gdy weźmiemy pod uwagę wyczuwalną mineralność, posmak morskiej wody i mocną kwasowość. To, co je odróżnia, to bogatsza w przypadku Picpoula tekstura, mocniejsze aromaty (tutaj poobijane jabłka, trawa cytrynowa). Wino jest orzeźwiające, świeże, z przyjemnie słonym finiszem przypominającym morską bryzę. Poza oczywistym wyborem w postaci ostryg, Sławek polecał spróbować je do paelli, która stanowi jedno z lokalnych dań (ze względu na historyczne katalońskie wpływy). Dobre+.
Trudno uwierzyć, że w latach 60-tych na całym świecie Viognier był uprawiany jedynie na kilkunastu hektarach w Dolinie Rodanu. Od tego czasu odmiana ponownie rozpowszechniła się najpierw w Nowym Świecie, w później nastąpił jej renesans również we Francji. Dziś pod tym kątem Langwedocja wyprzedziła już Rodan. Co ciekawe, jak wskazały badania DNA, Viognier jest blisko spokrewniony z Nebbiolo. Trudno w to uwierzyć gdy porównamy kwaskowe, ale i szczupłe Nebbiolo z bogatym, gęstym, ale znów nisko kwasowym Viognierem. Moulin de Gassac Faume 2015 (47 zł) to kupaż Viognier uzupełnionego o Chardonnay. Pachnie obficie gruszkami, kwiatami, ale i zielonymi szparagami. W ustach skoncentrowane, z niską kwasowością, przez co sprawia nieco mdłe wrażenie i przydałoby się podać do niego jedzenie. Patrząc przez pryzmat zapachu wręcz narzucają się szparagi, ale dobrym wyborem byłyby też sałatki, ryby, czy nawet drób. Dobre-.
Ostatnia z białych pozycji od tego samego producenta to Pont de Gassac Blanc 2014 (69,90 zł). Tutaj w kieliszku mamy kupaż Chardonnay, Sauvignon Blanc i Clairette. Ma zdecydowanie ciemniejszy kolor, wpadający w złoty piasek. Pachnie ziołami, dojrzałymi jabłkami, z delikatnie maślaną nutą (mimo, że wino nie było beczkowane). Ładnie kwaskowe, świeże z przyjemnie pieprznym finiszem. Ponownie czujemy też nuty słone i trochę przypraw. Ciekawe, choć jednak bardziej do jedzenia, niż popijania solo. Dobre+.
Leżąca na wschodzie Prowansja to królestwo różowych win, jednak i w Langwedocji można natrafić na ciekawe butelki tego rodzaju. Château Viranel to producent, którego historia w apelacji Saint-Chinan sięga aż 1551 roku i ciągle jest w rodzinnych rękach. Château Viranel Rosé 2015 (49 zł) to kupaż Syrah (40%), Grenache (40%) oraz Cinsault (20%). Ma ładny, miękki, owocowy zapach, ale bez popadania w cukierkowatość. Wyraziste, ładnie zbudowane, z dobrą kwasowością i delikatnie kremową fakturą. Ma charakterek, nie jest to rosé w stylu „wypij-zapomnij”. Warto je spróbować do wędzonych ryb albo kozich serów. Bardzo dobre-.
Mimo ciekawych białych i różowych win, Langwedocja to przede wszystkim królestwo czerwieni. Pierwszym czerwonym winem, które spróbowaliśmy była znana nam butelka Domaine St-Blaise La Crosse 2013 (45 zł). Właściciel winnicy przez wiele lat był inżynierem w IBM, a następnie po odejściu z pracy zainwestował oszczędności w rodzinną, podupadającą wówczas winnicę. W lutym mieliśmy okazję spróbować tej samej etykiety w wersji dwa lata starszej i bardzo nam wtedy posmakowałoa. Jest to kupaż Merlota, Syrah, Carignan i Marselan (zdobywającej coraz większą popularność mieszanki Caberneta Sauvignon i Grenache). Co ciekawe producent do starzenia tego wina używa częściowo beczek z polskiego dębu. Dzieje się tak, gdyż francuscy producenci beczek w obliczu zmniejszającego się areału dębów w ojczystym kraju, sięgają po drewno z innych regionów, a następnie w promocyjnych cenach oferują je winiarzom niejako do testowania. Pachnie mocno, owocowo, dojrzałymi wiśniami przechodzącymi nawet w nuty śliwkowe. W ustach mamy nieco gorzkiej czekolady i ziół. W smaku owocowość jest za to lżejsza, soczysta. Całość bardzo pijalna i zwieńczona pieprznym finiszem. Dobre+.
Château Viranel Rouge 2013 (52 zł) to znów kupaż Syrah (40%), Grenache (40%), Mourvedre (10%), Carignan (10%). Ta pozycja jest mniej ułożona, nieco dzika, nieokrzesana. Mamy tu nuty szypułkowe, ziemiste i ziołowe. Owoce są mniej wyczuwalne, dopiero w smaku pojawia się odrobina czarnych porzeczek. Gorzkie taniny zamykają całość obrazu. Wino zdecydowanie domaga się podania do niego jakiegoś pieczonego mięsa. Ciekawa, nieoczywista butelka, zwłaszcza w kontekście regionu z którego pochodzi, gdzie oczekujemy win bardziej owocowych. Bardzo dobre-.
Przy kolejnej pozycji wracamy do Domaine St-Blaise, ale tym razem sięgamy po wyższą etykietę. Trudno w to uwierzyć, ale Domaine St-Blaise Puech Thomas 2003 (72 zł), to niemal najnowszy z dostępnych roczników tego wina, producent dopiero wprowadza do sprzedaży rocznik 2008 (jest ono butelkowane jedynie w najlepszych latach). Każda z użytych tu odmian czyli Carignan (40%), Syrah (40%) oraz Grenache (20%) spędziła w beczce 2-3 lata. Nos jest bardzo bogaty, pełen nut rosołowych, włoszczyzny, ziela angielskiego. Do tego mamy ciemne, podsmażane owoce, ale ze sporą dawką kwasowości. Taniny już utemperowane, wtopione w całość. Pomimo zaawansowanego wieku wino nie jest przemęczone, bardzo dobre-.
Na samym końcu trafiła się nam najciekawsza butelka wieczoru – Mas de Daumas Gassac Rouge 2012 (199 zł). Wielu uważa, że mamy tu do czynienia z najbardziej długowiecznym winem Langwedocji. Ma niesamowicie ciekawy skład, bowiem jest to ok. 75,6% Caberneta Sauvignon, 5,5% Merlota, 4,4% Tannata, 3,9% Caberneta Franc, 1,8% Malbeca, 1,8% Pinot Noir i 7% innych odmian (!). Skąd taka niecodzienna kompozycja? Producent uprawia kilkadziesiąt różnych szczepów, co roku czeka do momentu kiedy dojrzałość osiągnie Cabernet Sauvignon, a pozostałe odmiany dodaje pod kątem tego, które z nich akurat w danym roczniku wypadły najlepiej. W efekcie mamy wino o nutach leśnej ściółki, soczystych wiśni, tytoniu, porzeczek. Delikatna lotna kwasowość podbija akcenty owocowy, choć nie każdemu ta leciutka octowość może się podobać. W ustach soczyste, z dobrą koncentracją i przyprawowym finiszem. Ciekawe wino, które przed sobą ma jeszcze wiele lat dojrzewania. Bardzo dobre.
Dobra relacja jakości do ceny, soczystość i owocowość to cechy, z których słyną wina z Langwedocji. Na drugim biegunie mamy jednak brak zniuansowania, większej różnorodności, finezji, lekkości. Dlatego każdy musi odpowiedzieć sobie na pytanie, czy taki styl wina jest Wam bliski.