Kobieta, za którą idą tłumy!

Udostępnij ten post

Historia jej winiarskiej kariery, ale i całego życia nadaje się już teraz na ciekawą i dobrą książkę – sama sięgnęłabym po nią z wielką przyjemnością, gdyż kolejne spotkanie z Dorli Muhr, to stan swoistej winoterapii. Zresztą Robert za każdym razem, jak tylko mówię o austriackich winach śmieje się ze mnie, że jestem nieobiektywna, bo Austria to już podobno stan mojego umysłu (!). Nie zamierzam jednak nic z tym robić, bo szczerze polubiłam ten kraj! Mam tam wielu przyjaciół, a na dodatek winiarzy, którzy robią jedne z najlepszych (według mnie) win na świecie. Wracając do Dorli, to kwintesencja uzasadniająca moje zainteresowanie tą częścią Europy. Rodowita Austriaczka, która mimo kilku życiowych szans prowadzenia winnic w innych krajach, zdecydowała się wrócić w rodzinne strony i zaczarować austriackim winiarstwem światowych wineloverów – jestem wśród nich i ja.


Ale od początku, jak to się stało, że udało jej się na całym globie zdobyć takie zaufanie i szacunek do swoich działań; uznanie dla konkretnych winiarskich decyzji i wdzięczność za to co już zrobiła dla austriackiego winiarstwa?

Po pierwsze, emocjonalna historia jej rodziny

Dorli pochodzi z rolniczej rodziny z Rohrau. Tam mieszkała jej rodzina i uprawiała ziemię, zajmując się również winiarstwem; dodatkowo babcia miała niewielką działkę o powierzchni 0,7 ha na Spitzerbergu, leżącym 10 km od Rohrau. Ówcześnie ojciec Muhr wyciskał winogrona do małej prasy i napełniał winem jedną góra dwie beczki. Dorli z uśmiechem wspomina czasy dzieciństwa, kiedy zbiory trwały pół dnia, a później przez kolejne miesiące rodzina często zapraszała przyjaciół i przy muzyce dzieliła się tak wytworzonym winem. Wtedy był to tzw. field blend, nie nazywano go jeszcze Gemischter Satz, nie posługiwano się też pojęciem szczepów. Dorli podczas degustacji wspomniała również małą anegdotę na temat starego systemu komunikacji, w którym nie posługiwano się jeszcze telefonami, a kiepska jakość lokalnych dróg uniemożliwiała łatwe pokonywanie dystanów. Wówczas kierowca autobusu, który codziennie przemierzał trasy po regionie Carnuntum informował jej ojca (przy rodzinnym domu był przystanek), jak miewają się „pogodowo” jego winogrona w Prellenkirchener.

W 1995 r. kiedy rodzice Dorli przeszli na emeryturę i tak się złożyło, że winnica przestała być uprawiana. Gospodarstwo otrzymała jej siostra, a Dorli dostała kawałek (wcześniej wspomnianej) nieobsadzonej ziemi po babci Roterd. Należy przy tym dodać, że była już właścicielką agencji marketingowej Wine & Partnerts i posiadała dość sporą wiedzę na temat świata win. Dlatego myśl o własnym winie znajdowała podatny grunt w jej planach, ale jej działania w tamtym czasie nie były skoncentrowane na uprawie w Austrii. Przyjaciel pomógł jej nawet znaleźć ciekawą ziemię na południu Toskanii, gdzie zakupiła 10 hektarów (!).

Kolejny splot wydarzeń w jej życiu sprawił, że poznała swojego (byłego już) męża Portugalczyka, słynnego Dirka Niepoorta. Wówczas wizja mieszkania w Portugali, pracy w Wiedniu i uprawy winnicy we Włoszech stała się niemożliwa do pogodzenia. Dorli zdecydowała się więc przystopować pewne projekty i dokonać życiowych wyborów. Dziś czas spędzony w Portugalii, w Douro ocenia bardzo pozytywnie, przyznaje, że to właśnie tam zrozumiała jak trudno jest zrobić dobre wino w ciepłym klimacie, ile wymaga to pracy i atencji – to przełożyło się też na odłożenie w czasie jej planów związanych z Toskanią.

Jak się już domyślacie te doświadczenia sprawiły, że po pewnym czasie historia zatoczyła koło i Dorli reaktywowała swoje marzenia o własnym winie. Jednak zamiast Toskanii powróciła do rodzinnej ziemi w Carnuntum. O samym regionie nie będę ponownie Wam opowiadać, bo Robert de facto razem z Dorli zwiedził go w zeszłym roku, dlatego odsyłam Was do jego opowieści.

Dorli razem ze swoim ówczesnym mężem Dirkiem Niepoortem w 2002 roku w piwnicy znajomego Gerharda Markowitza (również gwiazda winiarstwa w Carnuntum) umieścili pierwsze 500 litrów swojego Blaufränkischa. Dziś właścicielka śmieje się, że sama nie wie, jak to możliwe, iż od marzenia o własnym winie, przeznaczonym na domowe zapotrzebowanie, jej winnica rozrosła się do rozmiarów 12 hektarów (10 z nich to Blaufränkisch, 1 hektar to Syrah i 1 hektar to białe odmiany). „Doszło zatem do sytuacji, w której dziś potrzebuję już nieco pomocy, bo sama z rodziną nie jesteśmy w stanie wypić tyle własnego wina (śmiech).” 

Po drugie, doświadczenie i intuicja

Doświadczenie i wiedza Dorli wynikają zarówno z jej marketingowo-pr-owych działań, podróży po całym świecie, ale również z możliwości osobistego obcowania z winem i pracy na winnicy.

„Dziś mogę przyznać, że mam już całkiem sporą wiedzę na temat różnic w zachowaniach pojedynczych parceli Spitzerberga, co jest swoją drogą niezwykle interesujące. Bardzo pouczająca jest też sama obserwacja odrębności pomiędzy poszczególnymi rocznikami. W mojej pamięci szczególnie utknął mi pierwszy tak dobrze przez nas oceniony rocznik 2004. Pamiętam też rok 2006 rok, kiedy to pierwszy raz tak mocno odczuliśmy zmiany klimatyczne również w naszej winnicy. Zbiory zaczęliśmy już pod koniec września [red. standardowo robili to pod koniec października], ze względu na szybszą dojrzałość winogron”.

W 2007 roku Dorli – trochę zmuszona (Gerharda Markowitz nie dysponował już wolnym miejscem u siebie), zadbała o zaplecze techniczne w winnicy i zbudowała winiarnię, niestety zakończeniu uległo również jej małżeństwo. Dlatego biorąc pod uwagę rolę mamy małego dziecka, aktywną karierę marketingową i odpowiedzialność za winnicę postanowiła w 2008 roku zatrudnić do pomocy Craiga Hawkinsa, specjalistę z Południowej Afryki. Sama opowiadając o nim nazywa go zwariowanym, ale wspaniałym człowiekiem. Kolejno od 2014 roku o wina Muhr-van der Niepoort zaczął dbać 26-letni Lukas Brandstätter, z południa Burgenlandu. Życie nie oszczędzało jej prywatnie, a zawodowo dostarczało stałe nowych wyzwań. Przy tym wszystkim – a jest naprawdę silna, samodzielna i przedsiębiorcza, udało się jej pozostać przemiłą i otwartą kobietą. Swoją ciekawością świata i odwagą bardzo mi imponuje, a dzięki temu, że osiągnęła sukces jest też inspiracją dla wielu.

Po trzecie, miłość do Spitzerberga

Dorli zapytana o to, co wpłynęło na zmianę postrzegania i oceny win z Spitzerbergu, a co przed tym idzie na ich ponowną wysoką jakość, w pierwszej kolejności wskazuje na współpracę między lokalnymi winiarzami i budowanie renomy Blaufränkischa, jako samodzielnego szczepu. Warto przy tym zaznaczyć, że Spitzerberg w tamtym czasie był tylko nazwą góry, nie był umieszczony w żadnej austriackiej, winnej klasyfikacji, więc tu pojawiło się kolejne wyzwanie.

„Zaczęłam organizować spotkania dla winiarzy (grupa teraz obejmuje 12 winarzy), podczas których wspólnie wypracowaliśmy zasady, by chronić tę nazwę: tworzyć czysty, rozpoznawalny styl Blaufränkischa Spitzerberga i wpisywać ją na etykiety naszych win”.

Oczywiście te zabiegi zakończyły się powodzeniem i dziś cieszą się uznaniem.

Przechodząc już do „winnych dzieci” Dorli, od 17 lat nic nie zmieniła w ich „wychowaniu”, czyli produkcji. „Pozostają one zazwyczaj 20 miesięcy w beczkach, wszystko fermentuje w otwartych kadziach, z dzikimi drożdżami i różnymi proporcjami całych gron. Wszystko po to, by mieć cały ten proces pod kontrolą i go bacznie obserwować. Stale kupuję stare beczki i śmieję się już, że w winnicy mam swoiste muzeum”. Dorli powtarza również, że owa „kompleksowość” jej win nie potrzebuje dużo alkoholu i to jej dewiza. Blaufränkisch powstaje tu na glebach, w których skład wchodzi piasek, wapień i glina. Przy tym wszystkim, mamy do czynienia z klimatem nieobfitującym w deszcze (winnice nie są też sztucznie podlewane), stale owiewanym przez wiatry (Spitzerberg znajduje się we wrotach, przez które ciepłe powietrze znad Węgier wpływa do Austrii) i najcieplejszym w tym kraju.

Muhr-van der Niepoort Samt & Seide Blaufränkisch 2014 (wina od Dorli, choć nie wszystkie próbowane roczniki i etykiety znajdziecie w ofercie Mielżyńskiego)

Nazwa wina jest bardzo poetycka – „aksamit i jedwab”. „Kiedy zaczęło padać pod koniec sierpnia, z każdym dniem zdawało się, że nigdy nie przestanie. Był to trudny rocznik, straciłam aż 60% owoców.” Nos prosty, czysty, mineralny a jednocześnie dość soczysty, z dodatkiem akcentów porzeczki. Usta lekkie, rześkie, w finiszu  zostaje nuta wiśni, ziół, dość sporo pikantności, do tego bardzo przyjemna kwasowość. Wino było najsurowsze i mi smakowało najbardziej. Znakomite- (92/100).

Muhr-van der Niepoort Samt & Seide Blaufränkisch 2015

Zupełnie inne lato niż 2014, rok później było dla odmiany ciepło i sucho. Już w samym nosie czuć różnicę, wino jest bardziej zaokrąglone, pojawia się mocniejszy owoc pod postacią dojrzałej śliwki. Jest ona również mocno wyczuwalna w ustach, do tego dochodzi też wiśnia – owoc jest dość agresywny, nadaje winu nieco peniejszego wyrazu, nad tym wszystkim stara się zapanować kwasowość. W finiszu pojawia się długa tanina. Czarujące, dość kompleksowe, ale nadal niepokazujące wielkiej elegancji Spitzerbergu. Jednak pamiętajcie, wino ma potencjał do starzenia, więc wraz z czasem może pojawić się większa elegancja. Znakomite (93/100).

Muhr-van der Niepoort Samt & Seide Blaufränkisch 2016

Dorli nazwała tan rocznik dotychczas najbardziej imponującym, gdyż bardzo szybko zaczął pokazywać elegancję terroir i charakter wapiennej gleby. Nos grillowy, dymny, nieco skórzany, elegancki. W ustach tanina ładnie współgra z owocem. Kwasowość jest wysoka i mimo wszystko w posmaku zostaje dużo świeżości. Ta żywa struktura sprawia, że faktycznie właśnie to wino poradzi sobie lepiej (od poprzedników) kulinarnie. Znakomite- (92/100).

W kolejnym secie przyznaję, wyczułam już nieco mniej odrębności, a w kieliszkach mieliśmy:

Muhr-van der Niepoort Ried Spitzerberg 2014

Ta etykieta jest najwyższym winem Dorli, które też nosi nazwę jej ukochanego wzniesienia. Grona są oczywiście zbierane ręcznie, podczas fermentacji do kadzi trafiają całe kiście owoców, a dojrzewanie odbywa się przez 20 miesięcy w beczkach. Nos jest czysty, z ciekawymi akcentami miętowymi. W ustach dość ładnie rozkłada się kwasowość, by pozostawić w finiszu wiśnie z żywymi taninami. Znakomite (93/100).

Muhr-van der Niepoort Ried Spitzerberg 2015

W tym przypadku już nos jest bardzo elegancki, świeży, przy tym aromatyczny: piękny owoc wiśni i jagody. Usta za to silniejsze, skoncentrowane na taninie i kwasowości. Bardzo aksamitne i świeże, z porzeczkowym finiszem. Wino pokazuje klasę szczepu samą w sobie, idealne do dalszego starzenia. Znakomite+ (95/100)

Muhr-van der Niepoort Ried Spitzerberg 2016

Nos żywy i bardzo świeży, w końcu musimy pamiętać, że to jeszcze młody zawodnik. Usta strzeliste, punktowe, ale wszystko (kwasowość, owocowość i garbniki) zbierają się w jedną, kompleksową całość. Przede wszystkim, mimo tego młodego wieku jest to wino świetne: żywe, radosne i oszałamiająco pijalne. Znakomite (93/100).

Muhr-van der Niepoort Liebkind 2013

Parcela położona wysoko na wzgórzu. Wino zrobione z najmniejszych, bardzo soczystych winogron Dorli. W tym roczniku z 1,1 hektara powstało 800 butelek. Nos intensywnie poziomkowy, świetnie owocowy, niesamowicie rześki. Na początku wydaje się dość mocno zbudowane, ale po chwili do głosu dochodzi delikatniejsza ekspresja odmiany, z piękną kwasowością i subtelnym owocem. Od początku do końca utrzymuje swoistą szczerość i otwartość. Znakomite+ (94/100).

Muhr van der Niepoort Prellenkirchener 2016

Tu mamy 90% Grüner Veltlinera, uzupełnionego o 10% Rieslinga, którego odnalazła tam Dorli. Jako że klimat jest suchy odmiany zbierane są dość szybko, by zachować świeżość i aromatyczność. Następnie odbywa się maceracja przez kilka godzin na skórkach, aby nadać winu nieco pełniejszej struktury, która co ważne nie ma pochodzić od alkoholu. Dorli sama przyznaje, że zależy jej na utrzymaniu niskiego alkoholu, przy zachowaniu wysokiej świeżości. Następnie pozostaje rok w dużych dębowych beczkach. Nos zielony, z nutami szparagów, dojrzałych jabłek i dodatkiem ziół. W ustach beczka jest jeszcze dość mocno wyczuwalna, ale faktura jest aksamitna. Bardzo dobre+ (91/100).

Muhr van der Niepoort Cuvee vom Berg 2015

W składnie znajdujemy Syrah, St. Laurent i Blaufränkisch. Wino dojrzewało przez 24 miesiące w drewnianych beczkach i jest bardzo zrównoważone, pełne, a jednocześnie pikantne. W finiszu pojawia się lukrecja i czerwone owoce. Wino podane zostało do steka i stanowiło całkiem udane połączenie. Bardzo dobre (90/100).


Dorli osiągnęła już w życiu bardzo wiele, imponuje mi jako kobieta pod wieloma względami. Przed nią zapewne jeszcze masa nowych wyzwań, ale projekt, w którym doprowadziła do stworzenia swoistego modelowego Blaufränkischa opartego o czysty owoc, wspaniałą elegancję i cudowną pijalność, już dziś zasługuje na największe uznanie.