Kamil Barczentewicz Łaskawość Tytusa 2020 – kapitalna pomyłka

Udostępnij ten post

Od swojego debiutu w 2021 roku Kamil Barczentewicz dał się poznać jako jeden z bardziej świadomych i poukładanych polskich winiarzy. Okazuje się jednak, że nawet takiemu profesjonaliście czasem przydarzy się drobna wpadka. Efektem pracy chochlika działajacego w piwnicy Kamila jest wino, które dzisiaj oceniamy.

Kamil zawsze deklarował, że chce produkować wina jednoodmianowe, które najlepiej oddają charakter jego wapiennego siedliska nieopodal Kazimierza Dolnego. Tymczasem na skutek błędu w oznaczaniu beczek leżakującego wina doszło do przypadkowego zmieszania jednej beczki pinot noir i jednej blaufränkischa.

Na szczęście okazało się, że nic straconego. Sytuację wykorzystał Marcin „Tytus” Grabski, który otwierając w ubiegłym roku swój nowy winebar w Forcie Służew o nazwie Łaskawość Tytusa postanowił zakupić od Kamila całą partię tego wina (701 butelek). Trzeba przyznać, że efekt marketingowy jest świetny, a co najważniejsze obaj Panowie mogą się poczuć wygranymi tej sytuacji.

Marcin to zresztą niezwykle ciekawa postać, o której do tej pory nie miałem okazji czegoś więcej napisać. Jeśli (tak jak ja) w latach 90-tych słuchaliście nałogowo polskiego hip-hopu, to na pewno musieliście znać Tytusa, który funkcjonował właśnie pod tym pseudonimem. Jest on bowiem właścicielem Asfalt Records, wytwórni, która stała za wydaniem płyt od takich artystów jak Płomień 81, O.S.T.R., Łona, Onar czy już bliżej naszych czasów Taco Hemingway. Od jakiegoś czasu jego drugą miłością są zaś wina, co poskutkowało najpierw otwarciem sklepu Asfalt Winyle i Wino, a następnie świetnego, bezpretensjonalnego lokalu Winem Powiśle. W wakacje zeszłego roku dołączyła do nich zaś wspomniana już Łaskawość Tytusa.

Kamil Barczentewicz Łaskawość Tytusa 2020

Do momentu przypadkowego zmieszania winifikacja obu odmian przebiegała podobnie. Fermentacja na naturalnych drożdżach odbyła się w otwartych drewnianych kadziach, po czym wina dojrzewały przez 8 miesięcy w używanych beczkach.

Pachnie ładnie owocowo – kwaskowymi wiśniami, czerwonymi porzeczkami, świeżą żurawiną. Do tego na drugim planie pojawia się odrobina ziół i akcentów leśnych. W ustach lekkie (11,5% alkoholu), ponownie wiśniowo-żurawinowe, świetnie pieprzne i wyraźnie przyprawowe. Kwasowość jest wyraźna, ale nie przytłacza, tanin praktycznie nie uświadczycie. Całość owocowa, chrupka i soczysta. Absolutnie nasz styl. Polecamy podać je lekko schłodzone (30 minut w lodówce wystarczy), aby tym bardziej uwypuklić owocowość. Dobre+ (88/100).

Cena butelki to 125 zł i dostaniecie je nie tylko w samej Łaskawości Tytusa, ale też w innych wspomnianych w tekście lokalach Marcina.

Wino zakupiliśmy z własnych środków