Pojedynek #3 – Finger Lakes vs. reszta świata


Jedenaście długich, wąskich, położonych na osi północ-południe jezior w stanie Nowy Jork nosi nazwę „Finger Lakes”, która pochodzi od ich wzajemnego usytuowania przypominającego rozłożone palce obu dłoni. Kiedyś były to po prostu fragmenty rzek, jednak dwa miliony lat temu przesuwający się na południe lodowiec, pogłębił i poszerzył ich koryta, a naniesione osady doprowadziły do powstania naturalnych tam i przekształcenia rzek w jeziora. W późniejszych czasach region Finger Lakes stanowił centralną część terytorium jednego z najbardziej znanych indiańskich plemion – Irokezów. Ten potężny związek plemienny, zwany również jako „Sześć Plemion” (Mohawkowie, Oneidowie, Onandagowie, Kajugowie, Senekowie i Tuskarorowie), przez blisko dwieście lat toczył zaciekłe walki zarówno z kolonizatorami z Francji, Wielkiej Brytanii, czy poźniej Stanów Zjednoczonych. Kres potęgi Irokezów przypada na początek XIX wieku, gdy zostali zepchnięci ze swoich ziem na tereny południowej Kanady.
Dziś obszar Finger Lakes znany jest przede wszystkim z zupełnie innej strony. Wycinek regionu (wokół jezior – Canandaigua, Keuka, Seneca i Cayuga), stał się jednym z głównych dostarczycieli wina do olbrzymiego rynku jakim jest tytułowe miasto stanu – Nowy Jork. Polodowcowe, głębokie jeziora stanowią olbrzymie rezerwuary ciepła, co pomimo długich i ostrych zim przynajmniej częściowo ogranicza ryzyko wystąpienia mocnych mrozów. Mimo wszystko klimat nie jest dla winorośli łatwy, dlatego początkowo (do lat 60-tych XX wieku) winiarze uprawiali głównie hybrydy, będące krzyżówkami Vitis vinifery i amerykańskiej winorośli Vitis labrusca, które jednak nie dawały przekonujących rezultatów (widzicie pewną analogię?). Ojcem zmian stał się emigrant o ukraińskim pochodzeniu dr Kontantin Frank. Stopniowo udało mu się przekonać winiarzy do odmian, które dobrze sobie radzą w chłodniejszych regionach Europy – np. Chardonnay, Riesling czy Pinot Noir. Na miejscowego króla zaczyna wyrastać właśnie Riesling zajmujący pierwsze miejsce ze szlachetnych odmian pod względem obszaru upraw. Uważa się nawet, że to właśnie stąd pochodzą najlepsze Rieslingi w USA. Z tego też względu winiarze lubią porównywać Finger Lakes z Doliną Renu. Dalej jednak znaczącą rolę zajmują hybrydy – jednej z nich o nazwie Concord uprawia się ponad dwa razy więcej niż Rieslinga, a Catawba jest jedynie o włos za „królem białych szczepów”. W 2013 roku w regionie działało 112 producentów, a łączny obszar upraw sięgnął 16 tysięcy hektarów.
Rieslingi z Finger Lakes w największym stopniu trafiają na lokalny market. Dlatego, gdy Robert Szulc (Winiacz) zaprosił mnie na kameralną degustację tych win, przywiezionych przez niego z niedawnej podróży do Stanów, nie namyślałem się długo i karnie stawiłem się w niedawno otwartej Mokotece. W spotkaniu (poza pomysłodawcą i moją skromną osobą) wzięli udział: Maciej Horodecki (właściciel goszczącego nasz lokalu), Tomasz Prange-Barczyński (redaktor naczelny Magazynu Wino) oraz Maciej Gontarz (Viniculture.pl). Przyjęta tematyka spotkania sprawia, że mogliśmy mówić o pojedynku jaki stoczyły Rieslingi z Finger Lakes z resztą świata.
Jako pierwszy do kieliszków trafił Lamoreaux Landing Riesling 2012. Producent posiada około 40 hektarów upraw na wschodnim brzegu Jeziora Seneca, rozsianych na 20 różnych parelach, na których uprawia głównie Rieslinga i Chardonnay oraz Caberneta Franc, Gewürztraminera, Merlota, Pinot Noir, Caberneta Sauvignon, Grüner Veltlinera i Muscata Ottonel. Jak szybko sprawdziliśmy rocznik 2012 był uznawany w regionie jako ponadprzeciętny. Miało to rzeczywiście odzwierciedlenie w testowanej butelce. Wino było bardzo ciekawe, z wyraźnie petrolowym nosem uzupełnionym o akcenty pszczelego wosku i delikatny morelowy niuans. W ustach już na samym początku chwyciło nas w mocny kwaskowy uścisk. Chyba jednak na za bardzo naprężyło muskuły, bo finiszu okazał się rozmydlony. Tym niemniej samo wino oceniam na bardzo dobre-.
Kolejną pozycją był Red Tail Ridge Riesling 2013. Tym razem jest to przedstawiciel zachodniego brzegu Jeziora Seneca, mniejszy od poprzednika (14 hektarów winorośli). Skupia się głównie na produkcji trzech odmian – Pinot Noir, Chardonnay oraz Riesling. Idąc jednak kluczem poszukiwania odmian, które dobrze sprawdzają się w chłodniejszych regionach Europy, sięgnął również po Lagreina, Teroldego, Dorfeldera oraz Blaufränkischa. Przed przystąpieniem do opisu samego wina warto zaznaczyć, że rocznik 2013 uznawany jest za znacznie gorszy od 2012. Butelka pokazała jednak jak w rękach umiejętnego winiarza nawet w gorszym rok wino może zostać wyciągnięte na dobry poziom. Ten Riesling miał zupełnie inny charakter niż poprzednik. Był mniej wyrazisty, bardziej skupiony, początkowo nawet zamknięty. O bardzo chłodnym, ascetycznym wyrazie. Z silną, wyraźną, limonkową kwasowością. Dopiero po ociepleniu pojawiło się nieco tropikalnego owocu. Kamienny i mineralny, pełen klasy. Bardzo dobry.
Degustacja miała również służyć porównaniu Rieslingów z Nowego Yorku z innymi przedstawicielami win z tej odmiany. Skoro Finger Lakes porównywane jest z Doliną Renu, przyniosłem zakupioną w Berlinie butelkę niemieckiego Rieslinga z Rheingau – Langwerth von Simmer Hattenheimer Riesling Trocken 2014 (9,80 eur). Historia Weingut Langwerth von Simmer sięga XV wieku, gdy baron Langwerth von Simmer jako wynagrodzenie za swoją służbę (był kanclerzem księcia i palatyna Ludwika Czarnego Wittelsbacha) otrzymał posiadłość Hattenheimer Mannberg. Samo wino okazało się jeszcze bardzo młode, trochę nieugładzone. Kwasowość była ostra, nawet lekko gryząca. Pojawiają się zielone jabłka, cytryna. Soczyste, skaliste, mineralne. Gdy się ociepliło doszły również nuty naftowe, a wino stało się bardziej treściwe. Bardzo dobre-, ale do odłożenia na kilka miesięcy. W porównaniu do Rieslingów z USA miało mocniejszą kwasowość i było bardziej ożywcze.
Ostatnia pozycja była wyborem Tomasza Prange-Barczyńskiego, który uraczył nas Rieslingiem z RPA. Do kieliszków trafił Hartenberg Stellenbosch Tencity Riesling 2011. Hartebnerg Wine Estate ma swoje swoje winnice na północno-wschodnich stokach Bottelary Hills. Ta butelka była zupełnie inna od poprzedników, a wszystko za sprawą użycia dębu. Dało się to odczuć w wyraźnie beczkowym nosie, utkanym pod dyktando przypalonego na patelni chleba. Szczerze powiedziawszy w ciemno mógł sugerować hojnie potraktowane beczką Chardonnay, choćby z USA. Na szczęście kwasowość Riesling doszła do głosu w dość świeżych ustach. Wciąż nie był to jednak styl białych win, który lubię. Butelka kulinarna, predestynowana do podania z dobrze dobranym jedzeniem (ryba w kremowym sosie?). Dobre+.
Wydawać by się mogło, że typowo amerykańskie porównywanie Rieslingów z Finger Lakes z tymi znad Renu jest nieco na wyrost. Okazuje się jednak, że odpowiedniki zza Atlantyku rzeczywiście nie ustępują przynamniej tym podstawowym etykietom od naszych sąsiadów. Szkoda tylko, że tak rzadko mamy okazję dokonywać takich porównań. Sam pojedynek oceniam jako remisowy.