Dwa zupełnie różne Rieslingi

Ostatnio na blogu pojawia się więcej tekstów dotyczących polskich importerów, a nawet win produkowanych w kraju. Z oczywistych względów nie musimy tego tłumaczyć i wyjaśniać, znacznie mniej jest też u nas materiałów z podróży. Swoją drogą jeden wyjazd do Włoch już nam przeleciał, a za dwa dni planowo mieliśmy być w Wachau, w czerwcu w Austrii i w Niemczech. Otwarcie przyznajemy też, że na co dzień wciąż pijamy wina przywiezione zza granicy. Choć teraz nieco przyciśnięci, staramy się oszczędnie dobierać te butelki. Dziś dzięki nim przenosimy się do Niemiec.
Gdy w sierpniu jechaliśmy autostradą od Würzburga do Heidelbergu, w okolicach Heilbronn dostrzegliśmy pięknie zieleniące się szeregi winorośli na rozłożystych wzgórzach. To był nasz pierwszy kontakt z winnicami Wirtembergii. Są naprawdę imponujące – do teraz żałujemy, że napięty do granic możliwości plan dnia (jak to zwykle u nas) nie pozwolił, by na chwilę się zatrzymać i przyjrzeć się im z bliska.
Wirtembergia jest chyba najmniej znanym i praktycznie nieobecnym w Polsce regionem winiarskim Niemiec. Może to dziwić, bo znajdziemy tutaj ponad 11 tysięcy hektarów upraw. Odpowiada za to w głównej mierze specyfika miejscowego winiarstwa. W regionie dominuje Trollinger (w Alto Adige znany jako Schiava), a więc szczep dający bardzo lekkie wina, kolorystycznie wpadające niemal w róż, raczej nieskomplikowane, do codziennego picia. Zajmuje on 70% upraw w Wirtembergii i jest wypijany głównie lokalnie, czasem w wersjach z mniejszym lub większym udziałem cukru. Dodatkowo królują tutaj spółdzielnie winiarskie, odpowiadające za 80% produkcji. Jednak region ma w sobie duży potencjał. Na stromych winnicach, których nie brak w regionie, świetnie sprawdza się oczywiście Riesling, ale także Lemberger, czyli austriacki Blaufränkisch, który ma szansę stać się czerwoną gwiazdą regionu.

Dopiero w ostatnich latach pojawiło się w Wirtembergii kilku ambitnych, zwykle młodych winiarzy, którzy próbują zainteresować lokalnymi winami szerszy krąg odbiorców. Jednym z nich jest Jochen Beurer, prowadzący niewielką winiarnię w miasteczku Stetten, kilkanaście kilometrów na wschód od Stuttgartu. Rodzina zajmowała się winiarstwem od dawna, ale do 1997 roku swoje owoce sprzedawała do lokalnej spółdzielni. Jochen postanowił, aby rozpocząć produkcję win pod własnym nazwiskiem, mocno stawiając przy tym na jakość. Kolejnym krokiem była podjęta w 2003 roku decyzja o konwersji na uprawę ekologiczną. Weingut Beurer należy też do stowarzyszenia Junges Schaben, grupującego piątkę ambitnych producentów z Wirtembergii, którzy mają śmiały plan stać się wizytówką regionu.
Beurer Gipskeuper Stettener Riesling 2017 (15,20 eur – Wein und Glas Berlin)
W okolicach Stetten znajdziemy kilka różnych warstw gleby, a owoce pochodzące z poszczególnych z nich Jochen butelkuje osobno. My na pierwsze spotkanie z jego winami wybraliśmy Rieslinga rosnącego na kajperze, pochodzącym z triasu czerwonym piaskowcu z domieszką gipsu. Wino jest nietypowe, jakby lekko macerowane na skórkach. Pachnie drożdżowo (wręcz przypomina w zapachu wino musujące), ale i obierkami jabłek, skórką grejpfruta, niedojrzałymi morelami, kiszonymi cytrynami. Usta kwaskowe (mimo 8 gram cukru resztkowego), z wyraźnymi nutami soku z kiszonej kapusty, ale też ładnie soczyste, napięte. Chyba nigdy nie piliśmy tak smakującego Rieslinga (a wiecie, że mamy tutaj olbrzymie doświadczenie). Bardzo dobre (90/100).
Dla odmiany Weingut Heymann-Löwenstein to producent znany nam od dawna, chyba najbardziej rozpoznawalny przedstawiciel Terrassenmosel, a więc dolnego biegu Mozeli. Tutejsze winnice należą do najbardziej stromych w całych Niemczech, praca w alpinistycznych uprzężach jest dla winiarzy raczej normą, niż jakimś wymysłem. Styl producenta jest bardzo charakterystyczny, surowy, mineralny, łatwy do zapamiętania, ale wytwarzane wina zawsze potrzebują czasu, za młodu są niezwykle ściśnięte, mało ekspresyjne. Dlatego nasza pozycja (choć to średnia półka cenowa winiarza) słuszny czas leżakowało na półce, nim zdecydowaliśmy się na jego otwarcie. Jeśli chcecie poczytać więcej o samym producencie, to w zeszłym roku w drodze na Mythos Mosel odwiedzili go Piotrek i Michał.
Heymann-Löwenstein Riesling von blauen Schiffer 2014 (bieżące roczniki kosztują w Niemczech ok. 20 eur)
Jak wskazuje nazwa powstaje z różnych parceli producenta, ale wszystkie z nich znajdują się niebieskim łupku. Wino jest intensywne, mocne, mineralne, ale też pachnące dymem, krzemieniem. Trudno to opisać, ale w aromacie wydaje się ciemne, mroczne, tajemnicze. Na podniebieniu zaś pięknie cytrynowe, ze stalowym, nieuginającym się kręgosłupem. Warto było poczekać, w tym momencie jest wspaniałe, a na pewno nie powiedziało też ostatniego słowa. Znakomite- (92/100).
Nie bez kozery Riesling jest uznawany przez wielu (w tym nas) za królewską białą odmianę winorośli. Te dwie butelki były od siebie niemal diametralnie różne, ale każda z nich na swój sposób pokazywała kunszt winiarza i piękno szczepu. Szkoda, że nie znajdziemy ich w Polsce, ale też nie martwcie się, w naszym kraju Rieslingi są naprawdę dobrze reprezentowane – szukajcie, a znajdziecie.