Dwa Pinot Noir z Marks&Spencer i Auchan

Gdy Mariusz (Pisane winem) wybrał Pinot Noir na temat Winnych Wtorków byliśmy niemal w stu procentach uradowani. Piszemy „niemal”, bo nasz kolega zdecydował się na wyekspediowanie nas do dalekiej Nowej Zelandii na spotkanie z tamtejszymi etykietami, a nasz stosunek do win z Nowego Świata jest podszyty dużym sceptycyzmem. Na szczęście drugą częścią dzisiejszego zadania jest porównanie nowozelandzkich Pinotów z tymi z Burgundii, a to już wyzwanie znacznie bardziej trafiające w nasze gusta.
Zlokalizowany na północnym krańcu Wyspy Południowej (czyli tej większej z nowozelandzkich wysp), na zachód od słynnego Marlborough, region Nelson jest jednym z najmniejszych i mniej znanych regionów kraju. Słynie on głównie z produkcji klasowych białych butelek z aromatycznych szczepów, z Rieslinga, Pinot Gris, czy Gewurztraminera. Jest ograniczony ze wszystkich stron przez góry, które chronią go od cieplejszych mas powietrza i pozwalają na czerpanie benefitów z chłodnej bryzy wiejącej znad Morza Tasmańskiego. W 2014 roku winnice obsadzone odmianą Pinot Noir zajmowały już niemal 5,5 tysiąca hektarów w cały kraju (i wyprzedziły eksportową perełkę Nowej Zelandii, a więc Sauvignon Blanc), z czego w regionie Nelson zlokalizowanych jest zaledwie nieco ponad 240 hektarów. Wybrane przez nas wino to Seifried Estate Nelson Pinot Noir 2015 (49,99 zł w sieci slepów Marks&Spencer), a więc butelka pochodząca ze świetnego rocznika. Podczas produkcji przez 12 miesięcy dojrzewało we francuskich beczkach. Pachnie wiśniami i czereśniami, stopniowo przechodzącymi a słodsze nuty malin i truskawek. Można również odnaleźć nieco zieloności, akcentów liściastych. Usta owocowe, soczyste, z niezbyt wysoką kwasowością, ale dość solidnymi, drapiącymi taninami. Niestety wino ma w sobie ten element (oczywistą, zbyt słodką owocowość), która nam bardzo często w winach w Nowego Świata przeszkadza, co odrobinę zaniża naszą ocenę. Dobre+.
Burgundia uchodzi za matecznik odmiany Pinot Noir, pochodzą stąd najbardziej wysublimowane i najelegantsze wina z tego szczepu. Drugą stroną medalu są rosnące z roku na rok ceny tych butelek, w przypadku najwyższych etykiet osiągające już absurdalne poziomy. Oczywiście chcąc porównać nasze wino z Nowej Zelandii z butelkami z tego francuskiego regionu, nie wybieramy etykiety z najwyższej kategorii jakościowej, tylko idziemy na sam dół w tej hierarchicznej strukturze. Dlatego naszą parą jest Jean Bouchard Pinot Noir Vin de Bourgogne 2013 (zakupione w Auchan w cenie ok. 40 zł). Dla odmiany mamy do czynienia z rocznikiem trudnym. Chłodna wiosna opóźniła rozwój liści. Po niej przyszło deszczowe lato, które nie pozwalało na dojrzewanie owoców. Sytuację nieco poprawił ciepły i suchy wrzesień, ale i tak jakość zbieranych owoców w wielu miejscach pozostawiała wiele do życzenia. W efekcie mamy wino, które w nosie jest mniej otwarte od poprzednika, skryte za zasłoną nut ziołowych i liściastych. W ustach z mocną kwasowością, wiśniowe, z przyjemną nutką pestkową i wyrazistymi taninami. Całość mało skocentrowana, dość prosta, typowa dla najprostszych burgundów. Jako codzienne wino, lub towarzysz deski zimnych wędlin jak najbardziej w porządku, do poważniejszych zastosowań raczej się nie nadaje. Dobre.
Podsumowanie:
W starciu dwóch podstawowych butelek z Nowej Zelandii i Burgundii wygrywa ten pierwszy kraj. Wino z antypodów jest ciekawe, ma lepszą strukturę i oferuje szersze kulinarne zastosowanie. Burgund jest prostszy, kościsty, nieco zbyt ascetyczny. Jeśli możemy pokusić się o jedną uwagę natury bardziej ogólnej, to w rejestrach cenowych do 50 zł kupowanie Pinotów z Burgundii jest obarczone dużym ryzykiem, niestety trafia się tam sporo słabych butelek. Natomiast wina z tego szczepu (i w tej cenie) z Nowej Zelandii są zazwyczaj mało oryginalne, ale najczęściej dość solidnie wykonane.
Jakie butelki pili pozostali blogerzy: