Czy Prowansja to tylko mdłe rosé?

We wrześniu mieliśmy z Kamilą dotrzeć na południe Francji. Prowansja, z jej malowniczymi winnicami i urokliwymi miasteczkami, była już prawie w zasięgu ręki. Rezerwacje hotelowe były na ostatniej prostej, a lista potencjalnych winnic do odwiedzenia stopniowo się wydłużała. Plany (z różnych przyczyn) zmieniliśmy w ciągu jednego dnia, ale na osłodę – na zaproszenie Michała z ABC wina – wziąłem udział w jego kolejnej degustacji poświęconej właśnie winom z tego regionu.
Rosé, jakie znów rosé?
Choć obecnie Prowansja odpowiada za ok. 6% światowej produkcji różowych win, to historycznie rosé nie były głównym produktem regionu. Jest jednak na to proste wytłumaczenie – różowe wina są wbrew pozorom bardzo trudne w produkcji od strony technologicznej, stąd dopiero rozwój techniki winiarskiej w drugiej połowie ubiegłego wieku pozwolił miejscowym na masową produkcję.
Jeszcze w pierwszej połowie XIX wieku flagowymi winami Prowansji były słodkie muscaty, które powstawały z późno zbieranych, czasem przesuszonych owoców. Sytuacja zmieniła się po epidemii filoksery, gdy nasadzono więcej plennych, czerwonych odmian, takich jak alicante czy carignan. Zaczęły z nich powstawać bardzo ciemne, mocno nasycone, dobrze zbudowane czerwone wina. O rosé dalej ani słowa.
Prowansja (a zwłaszcza Lazurowe Wybrzeże) zyskała zainteresowanie turystyczne za sprawą ekspresowego pociągu, który docierał tutaj aż z Calais, przywożąc spragnioną słońca i śródziemnomorskiego klimatu burżuazję i arystokrację, a także wielu mieszkańców Wysp Brytyjskich. Ruch uległ dodatkowemu wzmożeniu, gdy francuski rząd w 1936 roku wprowadził płatne dwutygodniowe urlopy dla wszystkich pracowników. Momentalnie do wspomnianego pociągu (zwanego le Train Bleu) dodano wagony drugiej, a nawet trzeciej klasy.
Po krótkim załamaniu spowodowanym II wojną światową, turystyka wróciła ze zdwojoną siłą w latach 50. ubiegłego wieku. Ogromną rolę odegrał tu coraz popularniejszy festiwal filmowy w Cannes, który wzbudził zainteresowanie regionem wśród Amerykanów. W międzyczasie w Prowansji osiedliło się też sporo winiarskich rodzin – emigrujących z uzyskujących właśnie niepodległość dawnych francuskich kolonii w Afryce Północnej, którzy kontynuowali tutaj swoje zajęcie.
Różowe wina wkraczają na salony
Różowe wina zaczęły być kojarzone z wakacyjną beztroską, ale też prowansalskim blichtrem. Tak szybko jak stały się popularne wśród odwiedzających region turystów, zaczęły być w znaczących ilościach eksportowane, głównie do USA i Wielkiej Brytanii.
Równolegle miejscowa produkcja zaczęła nabierać ram prawnych. W 1977 roku powołano do życia apelację Côtes de Provénce, a w 1985 roku apelację Coteaux d’Aix, które do dzisiaj stanowią najważniejsze lokalne denominacje.
Winiarnie zaczęły się też profesjonalizować, doskonaląc zwłaszcza metody wytłaczania owoców oraz fermentacji w niskiej temperaturze i bez dostępu tlenu. To pozwaliło na produkcję win zachowujących soczysty i świeży charakter – zwłaszcza, że grenache, jeden z głównych komponentów miejscowych win, jest podatny na utlenianie. Z biegiem czasu wina te stawały się coraz jaśniejsze, aż w końcu ich delikatna barwa stała się wizytówką prowansalskich różowych win. Ta subtelna różowość była tak charakterystyczna, że lokalne apelacje zdecydowały się wprowadzić oficjalną paletę kolorów, która miała określać, jakie odcienie mogą nosić tutejsze rosé.

Współcześnie, różowe wina dominują w produkcji regionu, stanowiąc aż 90% całkowitej produkcji. Wina białe i czerwone zajmują odpowiednio 4% i 6% rynku.
Kilka ciekawych win z Prowansji (nie tylko rosé)
Podczas swojej degustacji Michał Gawłowski zaprezentował selekcję 12 win, z tego jedynie 4 róże. Opiszę najciekawsze (oczywiście moim subiektywnym zdaniem) ze spróbowanych pozycji.

Domaine Henri Milan La Carrée 2015 (62 euro)
Henri Milan to jeden z bardziej rozpoznawalnych winiarzy, który oderwał się od stereotypów regionu i produkuje naturalizujące wina, w wybitnie indywidualnym stylu. Nie znajdziemy u niego typowych lekkich rosé, ale głównie różnego rodzaju wariacje na temat dojrzewania i maceracji, a także sporo win białych i czerwonych.

La Carrée to czyste roussanne, które fermentowało w starych baryłkach, a następnie dojrzewało w dębie przez 12 miesięcy.

W zapachu wino jest bardzo obfite, tropikalne, z nutami ananasa, gruszek, brzoskwini, a także wyraźnie kwiatowe, a nawet piżmowe. Na podniebieniu mamy spore ciało i dużą koncentrację, kwasowość jest umiarkowana (ale czego oczekiwać po roussanne), a finisz wyraźnie przyprawowy. W smaku królują ponownie brzoskwinie i gruszki, ale są też elementy miodowe i orzechowe. Wino złapane w dobrym momencie swojego życia, już w pełni dojrzałe, ale wciąż zachowujące życie i energię. Znakomite- (92/100).
Château Simone Palette Blanc 2012 (63 euro)
To wino z mniej znanej apelacji Palette, obejmującej ledwie 50 ha winnic leżących na wapiennych glebach, w głębi lądu, kilka kilometrów od Aix en Provence. Posiadłość jest własnością rodziny Rougiers, którzy rozpoczęli produkcję win bezpośrednio po zakończeniu II wojny światowej.

W tym winie mamy mieszankę clairette 80%, grenache blanc 10%, bourboulenc 5%, ugni blanc 3% i muscat blanc 2%. Owoce pochodzą ze starych, ponad 50-letnich krzewów, a dojrzewanie wina odbywało się przez 12 miesięcy w baryłkach.

Zapach jest ciekawy, raczej mało owocowy, a bardziej ziołowy, rumiankowy, trochę orzechowy i woskowy. W ustach za to wino jest już bardziej świeże, kwiatowe, gruszkowe i brzoskwiniowe. Do tego rozwijają się pochodzące z ewolucji nuty pieczarek, mokrej ziemii, mokrego igliwia. Wino jest zamknięte, powolne, niespiesznie odsłania swoje oblicze, przy tym umiarkowanie kwasowe, ale nie można powiedzieć, by oklapłe. Wydaje się pochodzić z trochę innej epoki, co akurat mnie zaintrygowało. Znakomite- (92/100).
Château de Pibarnon Bandol Rosé 2017 (25 euro)
Bandol to apelacja zlokalizowana wokół nadbrzeżnego miasta o tej nazwie, uchodząca za miejsce, gdzie powstają najlepsze różowe wina Prowansji (choć po prawdzie to za duże uproszczenie). Winnice leżą zwykle dość blisko wybrzeża, na pofałdowanych okolicznych wzgórzach. Gorący i suchy klimat sprawia, że świetnie odnajduje się tutaj odmiana mourvèdre, która sprawia, że tutejsze wina są zwykle całkiem mocno zbudowane.

Tu mamy pozycję od jednego z bardziej rozpoznawalnych miejscowych producentów. Wino to kupaż 70% mourvèdre i 30% cinsault, przy czym w przypadku pierwszej odmiany część gron wytłoczono metodą krwawienia owoców (saignée) – co dodatkowo wzmacnia strukturę wina.

Ten róż udowadnia, że poważne wina tej kategorii nie boją się kilkuletniego dojrzewania. Mamy tutaj wciąż bardzo dużo lekko tylko podsuszanej owocowości (truskawki, maliny, czereśnie), do tego trochę nut śmietankowych. Ta śmietanka, masło czy nawet wosk jest obecna również na podniebieniu wraz z owocowością spod znaku mandarynek i brzoskwiń. Finisz zostawia nas z mocną, energetyczną kwasowością. W dobrej formie, dodatkowo co najmniej o jeden poziom bardziej złożone od sztandarowego prowansalskiego różu. Bardzo dobre+ (91/100).
Château d’Escales Garrus Côtes de Provénce 2021 (102 euro)
Tak, cena nie jest pomyłką. Garrus to zdaniem producenta najdroższe różowe wino na świecie. Dlaczego tyle kosztuje? Za projektem stoi nietuzinkowy bohater, jakim jest Sacha Lichine. Początkowo produkował on wina w Bordeaux, był tam też znaną figurą, ponoć bliską wywrócenia słynnej klasyfikacji bordoskich win z 1855 roku, która wydaje się praktycznie „nie do ruszenia”. Jednak w którymś momencie postanowił przenieść się do Prowansji i zacząć produkować wina różowe klasy premium. Garrus narodził się w 2006 roku, gdy Sacha postanowił udowodnić, że również rosé może być winem na wskroś poważnym (i przy okazji kosztować krocie). Nie muszę dodawać, że Garrus sprzedaje się na pniu, a odbiorcami są zwłaszcza wypoczywający na Lazurowym Wybrzeżu bogacze z całego świata.

W składzie mamy głównie grenache (ok. 80%) ze starych, prawie 100-letnich krzewów, ale uzupełnia je nietypowo odmiana rolle, czyli vermentino. Winifikacja odwołuje się do standardów najlepszych białych win z Bordeaux, z fermentacją w lekko wypalanych 600-litrowych nowych beczkach i dalszym dojrzewaniem w dębie przez 11 miesięcy.

Zapach jest bardzo elegancki, ale zdecydowanie beczkowy, dymny, waniliowy i maślany, dopiero za zakrętem majaczy trochę owocu spod znaku jabłek, cytryn i cytrynowej skórki. Na podniebieniu z mineralnym, kwaskowym kręgosłupem i tu już lepiej zarysowanym cytrynowym owocem. W ciemno Garrus mógłby spokojnie uchodzić za białe wino, bo praktycznie nie znajdziemy w nim nut czerwonych owoców. Jest na pewno elegancki, świetnie wykonany, ale jego cena jest zdecydowanie przesadzona. Znakomite- (92/100).
Château d’Escales Les Clans Côtes de Provénce 2011 (67 euro)
Spróbowaliśmy też innej etykiety posiadłości, można powiedzieć „baby Garrusa”. Skład wina jest taki sam, ale podczas winifikacji jedynie połowę beczek stanowią te nowe. Mieliśmy też dojrzały rocznik, który miał już okazję, by lepiej się ułożyć.


Pachnie owocowo, ale zarówno obecne w nosie maliny, truskawki jak i czereśnie są już bardziej suszone, niż świeże. Do tego pojawiają się akcenty suszonych płatków kwiatów, orzechy. W ustach podobne, również tutaj owoc przeszedł już na suszoną stronę, ale dla kontrastu mamy mnóstwo kwasowości i sporą koncentrację. Wino powoli odpływa w kierunku swojego kresu, ale na razie wciąż zachowuję wdzięk i klasę. Bardzo dobre+ (91/100).
Clos Cibonne Cuvée Marius Côtes de Provénce 2018 (39 euro)
Rodzina Roux już od lat 30-tych ubiegłego wieku skupiła się na uprawie mniej popularnej odmiany tibouren. Z powodu jasnego koloru skórek wydaje się ona wręcz stworzona do produkcji win różowych, ale jest też podatna na coulure (niezawiązywanie się owoców podczas kwitnienia), co skutkuje nieregularnymi zbiorami. Tym niemniej znajdziemy jej w Prowansji solidne 450 ha, głównie blisko wybrzeża, wymaga ona bowiem co prawda nasłonecznionych, ciepłych winnic, ale morska bryza pozwala owocom zachować świeżość. Typowe dla tibouren są nuty ziołowe, garrique, ale też kwiatowe.

Nazwa wina stanowi hołd dla Mariusa Roux, urodzonego w 1875 roku protoplasty winiarskich tradycji rodziny. W składzie wina obok tibouren mamy niewielki dodatek grenache (10%), a całość dojrzewa 24 miesiące w dużych, 100-letnich beczkach. Co ciekawe, nie są one wypełniane w pełni, a na powierzchni wina tworzy się cienki drożdżowy kożuch, znany choćby z produkcji sherry.

Świetne wino, pachnące czerwonymi owocami (maliny, podsuszane wiśnie), kwiatami i rzeczywiście ziołowo (suszony rozmaryn, tymianek, liść laurowy). W ustach o radosnym charakterze, ale jednocześnie całkiem mocnej strukturze, której pomaga wysoki alkohol (14%). Znajdziemy tu ponownie suszone wiśnie, suszone zioła, ale też świetną kwasowość. To takie wino z pogranicza różu i lekkiej czerwieni, w stylu który bardzo mi się podoba. Znakomite (93/100).
Domaine Tempier Pour Lulu Bandol 2017 (38 euro)
Michał zaprezentował trzy wina czerwone, a mi najbardziej smakowało teoretycznie najprostsze z nich. Domaine Tempier to dziecko niezwykle rezolutnej winiarki Lulu Peyraud, a ten rocznik uświetnił jej 100 urodziny (Lulu zmarła niestety dwa lata później). W składzie mamy 75% mourvèdre, 14% cinsault i 1% carignan, a wino dojrzewało w dużych beczkach przez 18 miesięcy.


Bardzo apetyczny, świeży i soczysty nos, w którym mamy ciemne wiśnie, dojrzałe maliny, czereśnie, ale też pomarańczową skórką i nuty garrique. W ustach ładnie zrównoważone, z lekko słodkawym owocem, sporą soczystością i niezłymi, lekko goryczkowymi garbnikami (które jak na mourvèdre są i tak umiarkowanie intensywne). Wszystko jest tutaj na swoim miejscu, wino ma piękną energię, jest eleganckie, ale jednocześnie żywe i radosne. Znakomite+ (94/100).
Domaine Les Bastides Vin Cuit 2011 (36 euro)
Na koniec jeszcze jedna ciekawostka. Vin Cuit to coś na wzór włoskiego vino cotto, a więc jeszcze niefermentujący moszcz gotowany w dużych kadziach, aby część płynu odparowała. Następnie pozostały gęsty syrop trafia do beczek, gdzie fermentuje (tutaj do 12%). Historycznie winiarze często wykorzystywali w ten sposób najgorsze partie owoców, ale Domaine Les Bastides podchodzi do tradycji z odpowiednią estymą. Butelka nie dostała żadnej taryfy ulgowej, oceniłem ją jak każde inne wino i o dziwo okazała się jednym z bohaterów wieczoru – to było naprawdę wielkie zaskoczenie.


Przepiękny, soczysty, świeżutki zapach przywodzący na myśl mocno skoncentrowany malinowy sok. Pojawia się trochę lotnej kwasowości, ale na poziomie stanowiącym przyprawę, a nie wadę. W ustach wyraźnie słodkie (cukru jest tutaj ponad 200 g), ale też jakże ładnie kwaskowe, znów wyraźnie malinowe, czereśniowe. Całość świetnie soczysta i po prostu pyszna, pełna radosnego owocu. Znakomite- (92/100).
Degustacja pokazała, że Prowansja to nie tylko różowe wino, jakie znamy ze sklepowych półek. Dla tych, którzy chcą odkryć coś więcej, ten region ma naprawdę sporo do zaoferowania. Niestety, większość tych unikalnych win ginie w tłumie, a w Polsce są wciąż prawdziwą rzadkością. Dzięki Michałowi mogłem spróbować czegoś naprawdę wyjątkowego.