Chablis oraz Côtes du Rhône z Lidla

Udostępnij ten post

Trudno jest połapać się w marketingowej strategii Lidla jeśli chodzi o wina. Kilka dni temu przechodząc pomiędzy półkami, wśród całkiem świeżej oferty butelek z Półwyspu Iberyjskiego (polecamy zwłaszcza niedawno przetestowane Alvarinho), zauważyliśmy również kilka nowych etykiet z Francji. Całość jest przemieszana, a jakby tego było mała pomiędzy nimi migają jeszcze jakieś pojedyncze etykiety z Włoch czy Węgier. Brakuje w tym wszystkim składu i ładu, jakiejś spójnej koncepcji, którą w tym dyskoncie można było zauważyć wcześniej.

Chcąc jednak i Wam nieco ułatwić odnalezienie się w tym galimatiasie, postanowiliśmy zakupić i zdegustować kolejne dwa wina.

IMG_7910Najpierw otworzyliśmy Domaine de Oliveira Lecestre Chablis 2014 (44,99 zł). Chablis w takiej cenie to jak zawsze spore ryzyko, dlatego podchodziliśmy do butelki z odpowiednią dozą nieufności. Nos najpierw nieczysty, z nutami brudnej ścierki, jednak po chwili się poprawia. Pojawia się sok z cytryny, mokre siano, jabłka. W ustach bardzo rozwodnione, z niezbyt wysoką kwasowością i lekko gorzkawym finiszem. Ciężko nazwać tę butelkę Chablis, zniknęła gdzieś mineralność i kwasowość charakterystyczna dla tych win. Nie jest wadliwe, czy niesmaczne, ale niestety nie jest również warte swojej ceny. Średnie.

IMG_7912W Lidlu od dawna można było trafić na ciekawe i niedrogie butelki z Doliny Rodanu. Dlatego przy kolejnej pozycji nasze obawy były znacznie mniejsze niż w przypadku Chablis. Côtes du Rhône Château de L’Estagnol 2014 (17,99 zł) pachnie truskawkami i malinami. Owoce są dojrzałe, lekko przesmażone, ale zachowują świeżość. W tle mamy również nieco nut ziołowych. Usta lekkie, soczyste, z dobrą kwasowością (co w winach z Doliny Rodanu nie jest regułą). Tu owoce są mniej intensywne, pojawia się trochę akcentów zielonych. Do tego w finiszu można wyczuć odrobinę pieprzu. Choć między dojrzałym nosem, a nieco liściastymi ustami da się wyczuć delikatną dysharmonię, to jednak zdecydowanie wolimy wina znad Rodanu w takiej mniej skoncentrowanej wersji, niż ciężkie, wysoko-alkoholowe potworki. Brakuje mu ciała do asystowania jakiejś poważniejszej potrawie, ale do deski zimnych wędlin pasuje idealnie (sprawdziliśmy). Dobre.

Konfrontacja tych dwóch butelek dobitnie pokazuje, że czasem nie warto przepłacać. Ponad dwa razy tańsze wino okazało się znacznie ciekawsze, a przede wszystkim bardziej smaczne. Zamiast gnać za ułudą, lepiej stąpać twardo po ziemi i w dyskontach wybierać niekoniecznie te najdroższe, czy teoretycznie najszlachetniejsze butelki.