Budaházy Fekete Kuria w Borpince

Sięgamy dziś po wina z Węgier. Może to chwilowy przesyt i konieczność odpoczynku od Rieslinga, może oszczędniej gospodarujemy innymi butelkami. Tak czy inaczej, Węgry mają u nas od czasu do czasu swoje miejsce. Przekłada się to również na nasze większe zainteresowanie degustacjami butelek z tego kraju. Jedna z nich odbyła się w restauracji Borpince, gdzie swoje wina prezentował nowy producent wprowadzany do karty win tego miejsca – Budaházy Fekete Kuria.
Historia producenta nie jest zbyt długa. Powstał w 2011 roku w Erdőbénye i początkowo posiadał 5 hektarów winnic. Rok później wypuszczono pierwszy rocznik win, który ponoć spotkał się z dużym zainteresowaniem. Obecnie ich areał jest trzykrotnie większy i obsadzony przez Furminta, Hárslevelű, Sagramuskotaly oraz niewielkie ilości Kövérszolo. Niemal wszystkie ich pozycje leżakują w beczkach (głównie 3-letnich) przez kilka miesięcy. Ideą przyświecającą Budaházy jest wspieranie innych lokalnych firm, dlatego zarówno wspomniane beczki jak i butelki pochodzą od miejscowości oddalonych od siedziby producenta o maksymalnie 50 kilometrów.
Degustację rozpoczęliśmy od Budaházy Furmint 2015 (62 zł), gdzie 50% wina dojrzewa w beczkach przez 4 miesiące. Mamy tu Furminta z ciepłego rocznika, stąd tak charakterystyczna dla odmiany kwasowość jest tym razem stosunkowo łagodna i dodatkowo przesłonięta przez akcenty beczkowe. Mamy więc sporo nut waniliowych, maślanych czy nawet orzechowych. Dopiero w tle przewijają się poobijane jabłka, dojrzałe gruszki, a w finiszu delikatne nuty słone. Nie jest to wino w lubianym przez nas stylu. Tej beczki jest (przynajmniej na tym etapie) zdecydowanie za dużo, może wtopi się ona lepiej za 2-3 lata. Dobre.
W przypadku drugiego – ze słynnej trójcy tokajskich szczepów – mogliśmy porównać jego dwa roczniki. Budaházy Sagramuskotaly 2014 (48 zł) to przedstawiciel bardzo trudnego rocznika, w którym producentowi udało się zabutelkować jedynie wina z tej właśnie odmiany. Tutaj beczka nie była używana i na pierwszym planie jest sporo niedojrzałej owocowości. Mamy więc ściętą trawę, zielone jabłka i delikatne nuty landrynkowe. Za to bardzo trudno doszukać się jakiś nut typowo muszkatowych. W smaku pojawia się dodatkowo mała koncentracja i odklejająca się, nieprzyjemna kwasowość. Jak na dłoni widać problemy, z jakimi borykał się w tym roczniku winiarz. Dobre-. Budaházy Sagramuskotaly 2015 (48 zł) jest zupełnie inny. Różni się już sposobem winifikacji, tutaj 50% wina fermentowało w beczkach, a następnie 10% dojrzewało w nich przez 4 miesiące. Aromat jest zdecydowanie ładniejszy od poprzednika. Wyczuwamy płatki róży i dojrzałe gruszki. Mimo, że w ustach beczka dodała winu ciała, to na szczęście została zachowana kwasowość i wino w żadnym wypadku nie jest męczące (mimo, iż mamy tu również 10 gram cukru resztkowego). Dobre.
Choć Hárslevelű jest najczęściej używane w parze z Furmintem, to coraz większa liczba producentów decyduje się na butelkowanie go jego wina jednoodmianowego. Budaházy zaprezentował nam je w dwóch wersjach. W przypadku Budaházy Christmann Hárslevelű 2015 (58 zł) aromat jest bardzo słaby, zamglony z niewyraźnymi nutami gruszek i słodkich jabłek. W ustach młodziutkie, w pierwszej chwili jakby lekko musujące. Niestety, gdy tylko wino delikatnie się ociepla, znów zaczyna wychodzić nieprzyjemna beczka (wanilia i palone masło), która w połączeniu z 9 gramami cukru daje wrażenie sporego dysonansu. Średnie+. Przy kieliszku ostatniej pozycji, Budaházy 4:20 Hárslevelű 2015 (51 zł) idziemy jeszcze jeden krok w stronę słodszych win (tutaj zatrzymujemy się na poziomie 18 gram cukru). Nazwa wina pochodzi od godziny, o której winiarze musieli wstawać do pracy podczas zbiorów. Nos jest zdecydowanie słodki, wyczuwamy tu dojrzałe jabłka, gruszki, ale i cytryny oraz białe kwiaty. Na podniebieniu dość lekkie, z ładnie zbalansowanym cukrem. Gdy wszystko wydaje się wreszcie być na swoim miejscu, po chwili czar pryska i jeszcze raz zaczyna się pojawiać waniliowa beczka. Dobre.
Być może zaprezentowane wina są jeszcze zbyt młode i beczka będzie w stanie wtopić się w ich strukturę. W tym momencie – przynajmniej dla nas, preferujących lżejszy, owocowy styl, były one bardzo trudne w odbiorze i przez dominujące akcenty waniliowe zbyt podobne do siebie.