Weekendy 2020: Wrocław

Udostępnij ten post

Koronawirus pozmieniał w ostatnim czasie bardzo mocno nasze życia i tęsknimy za normalnością. Za swobodnymi spacerami, podróżami, wyjściami do restauracji, na wino, piwo czy lody. Wszyscy przebieramy nogami żeby trochę tej wolności złapać, pobyć z innymi ludźmi, pogadać, poszwendać się, aby choć trochę było… tak jak było! Wraz ze zdejmowaniem licznych obostrzeń epidemiologicznych ja też postanowiłem rozprostować w końcu nogi i sprawdzić co słychać w gastronomiczno-winnym Wrocławiu. Z Warszawy to przy dzisiejszych drogach tylko 3h jazdy samochodem więc na w/end jak najbardziej można jechać. Mój plan był prosty – odwiedzić kilka miejsc z bardzo dobrą kuchnią i dobrym winem. Pozbierałem recenzje, opnie i przygotowałem sobie plan! Chciałem odwiedzić miejsce bardziej fine-diningowe plus coś niezobowiązującego plus 1-2 winebary. Nie sądziłem jednak że COVID 19 spowodował tak wielkie spustoszenia na Wrocławskiej mapie gastro! Taszka – czyli portugalska restauracja ze znakomitą selekcją win zamknęła się kilka miesięcy przed pandemią, ale kolejne miejsca albo nie przetrwały albo się ciągle odmrażają w zależności wysokości kolejnych dopłat z rządowych tarcz. Moim absolutnym faworytem do spędzenia wieczoru była „Jadka” w której rządziła Justyna Słupska. Gdy się okazało, że restauracja jest zamknięta moje nogi już biegły na/do Olszewskiego 128, czyli do kuchni Katarzyny Daniłowicz i Bogumiła Mroczko, ale okazało się że zmieniają miejsce (oby!) i restauracja przejściowo nie działa. Mennicza Fusion Łukasza Budzika może otworzy się w lipcu (a może nie…). Oda Bistro od połowy maja zamknięte na amen… Czy zatem udało mi się znaleźć lokal z dobrą kuchnią, gdzieś wypić kieliszek dobrego wina? Czy gastronomiczny Wrocław umarł całkowicie, czy tylko przegrupowuje siły po wirusowym ciosie?

A więc od początku! Za namową Sławka Sochaja wpadłem do „Sote”. Absolutnie niezobowiązującego miejsca położonego w nowym budynku nad Odrą jakieś 15 minut spacerem od rynku (ul. Sikorskiego 7A). Proste wnętrze, prosta smaczna kuchnia a do tego „ogródek” na tarasie nad rzeką. Bajeczna sprawa! Co w karcie? Same domowe łakocie – pyszny gzik z młodymi ziemniakami z pieca i rzodkiewką (10 PLN), kanapka z kaszanką i jabłkiem – trochę może jej trochę brakowało bardziej zwartej konsystencji (16 PLN), znakomity tatar z wędzoną słoniną, ziołami i żółtkiem (21 PLN) a do tego bardzo dobre pieczywo. Wow jak na wsi! a na półkach kraftowe piwa – ciągle nowe więc nie ma karty i pełno wina! Są naprawdę tanie i smaczne pozycje na karafki, są wina na kieliszki (nawet pomarańczowe), jest też całkiem fajny wybór na butelki ze zwyżką do stolika około 20-35% w zależności od wina. O to chodzi! Wziąłem za 96 PLN superpijalną, ale elegancką pomarańczkę z Kiralyleanka, macerowaną kilka dni na skórkach. Och! I do twarogu i tatara – wszystko grało jak w zegarku. Lekko schłodzona i można celebrować początek w/endu nad Odrą! Polecam to miejsce bo każdy znajdzie coś dla siebie. Kuchnia jest przyzwoita, ceny naprawdę spoko, wina bardzo dobre, a miejscówka rewelacyjna. Nie mówię o piwach bo na nich się nie znam. Choć czasem lubię się „odkwasić”

Po takim starcie wieczoru jak nie pójść dalej w miasto! Uwielbiam Winnicę na Solnym (pl. Solny 14). To magiczne miejsce! Trzeba przejść przez bramę i wchodzimy na magiczne podwórko w którym mieści się winebar. Naprawdę duży wybór wina w dobrych cenach. Podobnie jak w Sote możemy wziąć wino na wynos bądź dopłacić 20-30% (w zależności od butelki) i wypić na miejscu. Do tego proste przekąski. Duża deska serów i wędlin z pieczywem – 50 PLN. Można siedzieć i siedzieć. 

Następnego dnia robiąc zakupy zwiedziłem Halę Targową z 1908 roku (ul. Piaskowa 17). Architektonicznie robi mega wrażenie, ale w środku jest jednak ciągle bardzo eklektycznie. Wszystko jakby od sasa do lasa… rożne dziwne branże, kolorowe banery, perfumy… za mało spożywki i gastro – choć te stoiska które widziałem miały piękny towar i dobre ceny. Moim zdaniem miejsce z ogromnym potencjałem, nie tylko w kontekście kupieckim, ale też lajfstajlowym. Poczekajmy!  

Po miejscach „casualowych” przyszedł czas na fine dining. Jak wspomniałem dużo miejsc było nieczynnych więc swoje kroki skierowałem do Restauracji Acquario w hotelu Monopol przy ul. Heleny Modrzejewskiej 2. Ten piękny, noebarokowy obiekt powstał w 1892 roku. Był wiele razy przebudowywany i remontowany. W 1937 roku dobudowano specjalny balkon dla przemówień Adolfa Hitlera. Posłużył on jednak także w 1958 roku do występu Jana Kiepury. Odnowiony po wojnie trafił do państwowego Orbisu. Od 2007 roku jest w posiadaniu rodziny Likusów i po gruntownej renowacji a także dobudowaniu, lekkiej górnej kondygnacji został ponownie otwarty w 2009 roku. Właśnie na tym ostatnim piętrze, a dokładnie na na dachu, mieści się dowodzona przez Mariusza Kozaka Acquario. Większość powierzchni stanowi taras a część stricte restauracyjna zamknięta jest w pawilonie. Z tarasu rozciąga się piękny widok na Wrocław więc warto przed kolacją spędzić tam pół godziny z przyjemnym napojem (duży wybór koktajli). Do tej pory obowiązywało tylko menu degustacyjne lecz teraz z uwagi na COVID19 i potencjalnie mniejszą frekwencję gości jest karta. Bardzo krótki set – 4 przystawki (29-49 PLN), 4 dania główne (55-89 PLN), 4 desery (23-26 PLN). Na początku podano zestaw domowego pieczywa z masłem. Potem wystąpił jako amuse-bouche maleńki tatr wołowy z majonezowym, leciutkim sosem i pop-cornen z kaszy gryczanej. Fantastyczna tekstura i smak. Na przystawkę wybrałem grillowaną ośmiornicę z hummusem, mixem ziół i mango. Bardzo dobre połączenie. Lekko bliskowschodnie z uwagi na hummus ale smak mango wprowadzał nowy element. Ośmiornica idealnie przygotowana – lekko stawiająca opór zębom. Z drugich dań degustowałem pieczonego dorsza atlantyckiego z białymi szparagami i chorizo. Tak naprawdę z białych szparagów było przygotowane „risotto/szparagotto” – czyli pocięte białe szparagi w kostkę gotowane w bulionie. Do tego były wiórki zielonych i całe dzikie. Chorizo podkręcało łagodność ryby i szparagów. Chyba najlepsza była jednak wieprzowina. Grillowany schab z młodą kapustą, ziemniakami i sosem pieprzowym zrobił na mnie duże wrażenie. Sezonowane mięso! Tak tak, wieprzowinę też można. Mega soczyste (steak miał z 5+ cm grubości) ze świetnym sosem! Dla mnie w punkt! Na koniec restauracja zaserwowała kulkę domowych lodów, gdyż nie byłem w stanie zamówić już deseru z karty. Dania serwowane nie były małe. A co z winem? Karta jest imponująca. Setki pozycji, różne roczniki tych samych win. Generalnie stary świat rządzi. Zbudowana jest oczywiście na imporcie własnym (czyli Vinoteka 13), ale są też wina od innych importerów i zaczynają pojawiać się w większej ilości wina naturalne, pomarańczowe itp. Sommelierzy działają prężnie i świetnie doradzą! Jakie ceny? Zacząć trzeba od tego że są to drogie wina na półce, więc w kontekście nominalnym tanio nie jest. Natomiast jeśli chodzi różnice w stosunku do detalu to mamy zwyżki od 15% (Rosso di Montalcino Capanna) do około 100% przy niektórych butelkach. Jak na Fine dining nie są to wygórowane marże.  Przed pandemią, gdy menu było degustacyjne ceny zestawów kształtowały się następująco – 4 daniowe – 160 PLN (280 PLN z winepairingiem 4x75ml), 6 daniowe 220/400 PLN i 8 daniowe 280/520 PLN. Na 100% wrócę na takie menu i na świetny Gin z rozmarynem na tarasie.

A gdy po eleganckiej kolacji macie ochotę na digestive i… cygaro, to trzeba wpaść do Ligero na Krawieckiej 1. Bardzo bogata selekcja rumów i profesjonalne doradztwo. Można też zrobić sobie degustacje z komentarzem! Bardzo polecam.

Mam nadzieję wrócić do Wrocławia i zobaczyć odrodzone miejsca, które musiały się zamknąć w ostatnim czasie. Czuję że dużo jeszcze przede mną!

Do następnego!

W

Zobacz więcej naszych podróży