RPA – miejscowe winiarstwo w pigułce

Jeśli śledzicie nasz profil na Instagramie, to już wiecie, że spędziliśmy z Kamilą dwa tygodnie zimowych ferii w Kapsztadzie. Nie wiedzieliśmy do końca czego możemy się spodziewać, ale pobyt przeszedł nasze najśmielsze oczekiwania i wszystkim polecamy wyprawę do tego miasta. Oczywiście wyjazd wykorzystaliśmy też na lepsze poznanie winiarstwa w RPA.
Tylko przeglądając fotograficzne urywki naliczyliśmy, że na miejscu spóbowaliśmy ponad 170 win. Nie przestraszcie się tej ilości, w przypadku niektórych był to tylko kieliszek, albo degustacyjna próbka, poza tym byliśmy tam na miejscu z naszymi przyjaciółmi – Grześkiem i Kasią. Taka selekcja pozwoliła na wyrobienie sobie jakiegoś zdania na temat miejscowego winiarstwa. Na relacje z odwiedzonych producentów (a tych było aż 11-tu) przyjdzie jeszcze czas, a Kamila na pewno będzie też Wam chciała przybliżyć restauracyjno-turystyczną stronę Kapsztadu i okolic. W najbliższych miesiącach artykułów o RPA będzie naprawdę dużo.




Jakie są wina z RPA?
Oczywiście odpowiedź na to pytanie będzie nieco uogólniona, bo w RPA znajdziemy niemal 90 tys. ha winnic – rozproszonych po znacznym obszarze geograficznym i w związku z tym posiadających różne warunki klimatyczne. Jeśli jednak miałbym pokusić się o opisanie tego tylko jednym zdaniem, to powiedziałbym, że są to wina z Nowego Świata, ale w stylu Starego Świata.
Z jednej strony mamy więc większe nasycenie owocem niż w winach z Europy, ale z drugiej strony daleko im do przerysowania, jakie często jest udziałem butelek z Nowego Świata (patrz sauvignon blanc z Nowej Zelandii). Aromaty owocowe zwykle nie są wybujałe, zbyt egzotyczne (choć próbowaliśmy też kilku win smakujących bananem), wina mają zazwyczaj niezłą kwasowość i to mimo miejscowego gorącego klimatu (a czołowi producenci raczej nie dokwaszają swoich win, co też bywa częstą praktyką w Nowym Świecie).
Jedną z większych zalet miejscowego winiarstwa jest brak tak ścisłych reguł produkcji, jak to ma miejsce w przypadku apelacyjnych win z Europy. Stąd mieliśmy okazję próbować takich niespotykanych pozycji, jak choćby różowe wino powstające z odmian pinotage, nebbiolo i riesling (Alheit Night Swimming 2022), a lista szczepów, z których powstają wina (często jednoodmianowe) jest niemal nieskończona, wymienię kilka mniej oczywistych: clairette, barbera, colombard, grenache gris, semillon gris, czy sangiovese. Dla winomanów RPA jest jak lunapark dla dziecka – nie wiadomo, z której karuzeli najpierw skorzystać, żeby zdążyć pójść na wszystkie.
Możemy Wam też zdradzić patent, z którego sami skorzystaliśmy wraz z przyjaciółmi. Otóż zamówiliśmy sobie już z Polski z kilku internetowych sklepów w RPA (WineCellar, ExAnimo) wina z dostawą do naszego apartamentu. Pozwoliło nam to na spokojnie wybrać ciekawe butelki z różnych regionów, które zamierzaliśmy spróbować na miejscu.




Duzi i mniejsi gracze
Patrząc procentowo, większość miejscowej produkcji jest zdominowana przez ogromnych, przemysłowych producentów – to pokłosie lat minionych, gdzie praktycznym monopolistą była wielka spółdzielnia KWV. Dzisiaj wielu z nich produkuje też całkiem solidne wina, ale spora część jest już wysyłana do Europy luzem i butelkowana tu na miejscu. Takie pozycje oczywiście najbezpieczniej omijać szerokim łukiem.
Na szczęście mamy jeszcze dwie kategorie winiarzy, dzięki którym miejscowe winiarstwo jest naprawdę ciekawe. Pierwsza z nich to historyczne winiarnie, czy w zasadzie winne farmy, bo tak są nazywane w RPA, szczycące się nierzadko historią sięgającą XVII-XVIII wieku. To zwykle dość duże posiadłości, mające kilkadziesiąt (czasem więcej) hektarów winnic, często z restauracją, czy nawet hotelem. Często powstające tam wina są co najmniej smaczne, a zdarzają się pozycje naprawdę świetnej jakości i klasy. Dodatkowo takie winne farmy są przepięknie położone, bardzo klimatyczne i stanowią przyjemne miejsca na spędzenie czasu z winami i miejscową kuchnią. W Europie trudno przywołać nam w pamięci winiarnie, które byłyby urządzone z takim smakiem i w których tak błogo można by odpoczywać.







Ostatni segment to zazwyczaj młodzi, energiczni winiarze, którzy postanowili spróbować swoich sił w tym biznesie często po zdobyciu doświadczenia na świecie. To właśnie takie nazwy jak Chris Alheit, Thorne & Douguhters, Force Celeste czy Testalonga wypromowały w ostatnich latach wina z RPA w Europie (i częściowo w Polsce). Ich wina są zwykle naznaczone indywidualnością twórcy, a choć produkcja nie jest duża, to bez wątpienia to właśnie tych butelek warto szukać na miejscu – przy czym w winebarach i sklepach z winami w Kapsztadzie praktycznie bez problemu znajdziecie większość z nich.


Nietypowe podejście do produkcji
Coś, co bardzo nas zaskoczyło i co jest praktycznie nie do pomyślenia w realiach europejskich to fakt, że wielu miejscowych (i to najlepszych) producentów wypuszcza wina z różnych miejscowych regionów. W porządku, również w Europie znamy winiarzy, którzy działają w kilku apelacjach, ale zwykle są one położone blisko siebie. Natomiast w RPA nierzadko mamy do czynienia z odległościami rzędu kilkuset kilometrów (bo tyle na przykład dzieli Swartland od Hemel-en-Aarde).
Dodatkowo wielu miejscowych winiarzy, zwłaszcza tych młodych, nie posiada swoich winnic, a jedynie skupuje grona. To zrozumiałe, bo jednak wydatek związany z kupnem działek jest zawsze istotny. Prostszym rozwiązaniem jest dogadanie się z kimś, kto już posiada winnicę, a przecież zawsze można w takim wypadku kontrolować jakość owoców, które potem chce się kupić.
Ceny win
Najdroższym elementem podróży do RPA jest niewątpliwie koszt samego lotu, natomiast ceny na miejscu (w tym jeśli chodzi o wina) są bardzo atrakcyjne. W przeliczeniu na złotówki już w granicach 50 zł znajdziecie solidne butelki od czołowych producentów, a większość portfolio tych winiarzy spokojnie mieści się w granicach 100 zł. Jedynie jakieś wyjątkowe butelki (np. z pojedynczych działek), czy słodkie wina z późnego zbioru kosztują drożej, a i tak naprawdę pojedyczne sztuki przekraczają poziom 300 zł.
Również w restauracjach narzuty nie są jakieś kosmiczne. Kieliszek to zwykle koszt około 15-20 zł, a średniej jakości butelka (od jakiegoś większego producenta) będzie kosztowała 60-80 zł. Widzicie więc sami, że są to ceny niższe nie tylko od tych, jakie znamy z krajów Zachodniej Europy, ale nawet z naszego krajowego podwórka, a jednocześnie jakość miejscowych win jest bardzo wysoka.
Raj dla fanów klasycznych musiaków
Jeśli kochacie wina musujące to Kapsztad będzie dla Was rajem. Produkcja etykiet po szyldem MCC (Méthode Cap Classique – tak lokalnie są nazywane wina musujące powstające klasyczną metodą), dynamicznie się rozwija. Znajdziemy wśród nich zarówno wina prostsze, bardziej codzienne, jak i naprawdę wysublimowane, eleganckie pozycje nieodstające jakością od szampanów. Pamiętajcie też o wspomnianych przez nas cenach, również butelki MCC zwykle mieszczą się w granicach 100 zł – w Europie coraz trudniej znaleźć dobre wino musujące w tej cenie, nie mówiąc już o szampanach dla których dwa razy wyższy pułap nawet nie jest początkiem zabawy.





Kilka najciekawszych MCC, które udało się nam spróbować – Black Elephant Vintners Chardonnay Zero Dosage (91/100), Domaine de Dieux Rosé of Sharon (92/100), Silverthorn Jewel Box 2018 (93/100), Sugar Bird Wines Blanc de Noir 2019 (91/100), Il Geco Cap Classique 2017 (93/100)
Enoturystyka – czyli jak poznawać miejscowe winiarstwo
Będąc w Kapsztadzie grzechem byłoby nie spróbować odwiedzić kilku miejscowych winiarzy. To na szczęście nie jest niczym trudnym, a samo miasto stanowi doskonałą bazę wypadową dla takich wypraw. Region Contantia znajduje się dosłownie na przedmieściach Kapsztadu, a Stellenbosch, Paarl czy dolina Franschhoek oddalone są o niecałe 60 kilometrów. Jedynie wyprawy do takich miejsc jak Swartland, Elgin, czy Hemel-en-Aarde wymagają większego zachodu.
Podstawowe zasady organizacji takiej wycieczki są analogiczne jak w większości krajów europejskich. Do mniejszych winiarzy należy omówić się z wyprzedzeniem, ale wspomniane winne farmy są zwykle otwarte cały tydzień i oferują możliwość degustacji zwykle bez konieczność wcześniejszej rezerwacji (choć dla bezpieczeństwa oczywiście można napisać do nich maila przed przyjazdem). Cena takiej degustacji zależy od ilości win w danym zestawie, ale rzadko kiedy przekraczała 30 zł za zwykle 5 kieliszków różnych win.
Jeśli chodzi o dojazd, to na bliższe wyprawy odradzamy Wam wynajmowanie samochodu. Po pierwsze, w RPA obowiązuje ruch lewostronny, co samo w sobie może powodować już trudności. Po drugie, miejscowi kierowcy bywają nieprzewidywalni, a ich przywiązanie do przestrzegania przepisów dalekie jest od idealnego. Po trzecie (i w sumie najważniejsze), koszty przejazdu Uberem czy wynajęcie jakiegoś niewielkiego busa, gdy jedziecie większą grupą, są bardzo niskie. Nawet do wspomnianych Stellenbosch i Franschhoek zamawialiśmy taksówkę i koszt w przeliczeniu na jedną osobą w obie strony nie przekraczał 100 zł. Polecamy też umówić się z kierowcą od razu na cały dzień, wtedy jest do Waszej dyspozycji i swobodnie możecie się przemieszczać między poszczególnymi producentami (ci są zwykle oddaleni od siebie o co najmniej kilka kilometrów), a potem odwiezie Was po całym dniu do Kapsztadu.

Podsumowanie – chcemy tam wrócić
Choć wylatując z Kapsztadu tłumaczyliśmy sobie, że w ciągu tych intensywnych dwóch tygodni poznaliśmy miejscowe winiarstwo całkiem solidnie, to wiemy, że realnie patrząc zaledwie je liznęliśmy. Jednak te wina na tyle pozytywnie wyryły się w naszych sercach, że już tęsknimy za RPA i na pewno będziemy tam jeszcze chcieli wrócić.