Podróż 2014: Liguria

Naszą podróż 2014 rozpoczynamy od Ligurii. To wąski pas nad Morzem Śródziemnym, ciągnący się od La Spezii, przez stolice – Genuę, aż po granicę z Francją. To, co Francuzi u siebie nazywają Lazurowym Wybrzeżem, tu jest Włoską Rivierą. Góry „wchodzą” do morza. A więc mamy wszystkie składniki dobrych wakacji: 100% pogodę, ciepłe morze, górskie widoki, serpentyny, no i atrakcje kulinarne. Ligurię lubimy też dlatego, że o ile włoskie kurorty nad Adriatykiem w połowie września przypominają wymarłe betonowe pola (są to głownie hotelowiska), to liguryjskie miasta i miasteczka tętnią życiem, nie tylko turystycznym, cały czas. My oczywiście podróżujemy nie tylko w poszukiwaniu ciepłej plaży, ale przede wszystkim w celu kolekcjonowania nowych kulinarnych doznań. Liguria ma też pewien wymiar sentymentalny dla Winniczka – to tu już wiele lat temu w Portovenere w Grand Hotelu pod okiem szefa Paolo Monti Winniczek uczył się jak zrobić najlepsze na świecie pappardele z owocami morza; prosto „nomen omen” z morza, czy też jak przyrządzić risotto, aby było risottem 😉 Tak więc wracamy do „matecznika” 🙂 W tych właśnie kwestiach gdy pomyślimy Liguria – nasuwają się od razu dwa skojarzenia – pesto oraz Vermentino. To pierwsze, czyli sos z bazylii, oliwy, orzeszków piniowych oraz parmezanu (tu obowiązkowo podawany z makaronem trofie) tym razem ominiemy szerokim łukiem, ale nad Vermentino zatrzymamy się trochę dłużej. Szczep ten jest uprawiany głównie na Sardynii, Korsyce i właśnie w Ligurii. Wina zwykle mają lekko słonawe nuty. Bywają bardziej kwiatowe lub mineralne. Zawsze mają mocny charakter.
Tak więc dla nas Liguria jest przystankiem dla nacieszenia się białymi winami. Na czerwone nie mieliśmy zbyt dużo czasu, jak również ochoty, bo Piemont i Toskania przed nami, więc dopiero robimy sobie na nie apetyt. Jednym z naszych ulubionych producentów Vermentino jest Cantina Lunae (położona przy samej granicy z Toskanią), będąca własnością rodziny Bosoni. Paolo (to już piąte pokolenie) jako głównodowodzący – jest szefem, enologiem, wizjonerem. Koncentruje całe życie rodziny wokół winnicy. Poznaliśmy go w 2005 roku, gdy po raz pierwszy odwiedzaliśmy Lunae. Znak – rozpoznawczy: wąs 🙂 dziś już bardziej siwy niż czarny 🙂 Zmiana pokoleniowa jest już dobrze przygotowywana – naszym przewodnikiem i osobą prowadzącą degustację była córka Paolo – Debora. Osoba z młodzieńczą werwą i z szacunkiem dla tradycji. Pomimo młodego wieku, super-profesjonalna. Winnica Lunae ma 45 ha obsadzonych winoroślą, ale Paolo ma misję podtrzymania lokalnych, unikalnych szczepów i kupuje winogrona od maleńkich gospodarstw (w sumie z około dodatkowych 20 ha). Dostarczycielami gron są starsi rolnicy, kiedyś produkujący wino na własne potrzeby, a dziś – gdy dzieci odeszły z domu, a oni nie mają siły robić własnego wina – nie chcący sprzedawać swoich winnic. Stamtąd właśnie do Lunae trafiają takie odmiany jak Albarola, czy też Massareta, które Paolo ostatnio wprowadził do swoich win. Wróćmy jednak do Vermentino – Lunae produkuje 3 etykiety.
Etykieta szara – Etichetta Grigia Vermentino Colli di Luni DOC 2013 – podstawowa butelka Vermentino. Zdegustujemy ja dziś do miecznika po liguryjsku.
1. Etykieta czarna, a dokładnie Etichetta Nera Vermentino Colli di Luni DOC 2013 (pomimo że jest jeszcze reserva – flagowe Vermentino Cantina Lunae) dostaje regularnie 3 kieliszki Gambero Rosso. Od szarej odróżnia się selekcją gron, a także – maceracją na skórkach przez 48 godzin. Wino jest dzięki temu mocniejsze i głębsze. W degustowanym roczniku – słone i mineralne, wytrawne. Do wina dostaliśmy do spróbowania plasterki suchej, tłustej kiełbasy wieprzowej. Bardzo dobre połączenie – kwasowość wina świetnie ogarniała tłuszcz. Czarna etykieta zdecydowanie może poleżeć. Debora degustowała ostatnio 2010 i było w świetnej formie.
2. Cavagino Vermentino Colli di Luni DOC 2013 to wino z gron z konkretnych parceli, maceracja na skórkach 48 godzin, a dla 40% gron winifikacja przebiega w barriques, potem dojrzewanie w stali. Zapamiętaliśmy je z wcześniejszych roczników jako dosyć „stalowe”, jednak w 2013 dało wino bardzo ziołowe – w nosie mnóstwo mięty i szałwii. Usta lekkie, ale z mocną strukturą. Raczej do białych mięs (królik).
3. Ostatnim białym winem przez nas degustowanym była Albarola Colli di Luni DOC 2013. Niespotykana rzecz. Bardzo delikatne, lekkie, o eleganckich nutach brzoskwiniowych. Zdecydowania warte swoich 10 EUR.
Jeśli mówimy o czerwonych winach, to Lunae ma też coś do powiedzenia, gdyż to już rzut koszem do zbioru winogron w Toskanii (w Lunae wszystkie winogrona zbierana są ręcznie). Tak jak w przypadku win białych, przy czerwonych nie degustowaliśmy tańszych butelek. Rozpoczęliśmy od:
1. Niccolo V Colli di Luni DOC 2010 – to blend Sangiovese, Merlota i Pollera Nera. Mamy więc przewagę Toskanii, dodatek francuski oraz lokalny. Wino dojrzewało 12 miesięcy w barriques. Dziś jest strasznie dzikie i nieokiełznane. Należy bezwzględnie dekantować. Tanina konkretna. Będzie dobre do duszonych mięs. Ta butelka potrzebuje cierpliwości.
2. Riserva Niccolo V Colli di Luni DOC 2007 – tu już smakowo witamy się z Toskanią. To taki sam blend, jak podstawowej etykiety. 18 miesięcy dojrzewa w barriques. Dosyć okrągłe, dojrzałe, z nutami słodyczy. Nie wiemy jak to nazwać, ale odróżnia trochę to wino od Toskanii ten lokalny dodatek. To świetna rzecz. 16 EUR jak najbardziej uzasadnione. Będzie świetne do krwistego steaka.
3. Nowością dla nas było Horae Liguria di Levante IGT 2010; to blend z przewagą lokalnej Massarety z dodatkiem – tak jak w poprzednich przypadkach – Merlota i Pollera Nera. Dojrzewa w małych beczkach z francuskiego dębu przez 12 miesięcy. To nie łatwe wino. Trochę matowe, wiśniowo-pieprzne. Wzięliśmy butelkę do Warszawy 🙂
Naszym zdaniem, Cantina Lunae cechuje fantastyczna jakość. Każda z degustowanych przez nas etykiet była świetnie zrobiona. Można dyskutować o „typowości”, zastanawiać się nad tym, czy czerwone nie są za bardzo „toskańskie”, ale nie można nic zarzucić jakości degustowanych przez nas win. Lunae ma też wina stołowe z dystrybutora. Nie degustowaliśmy, ale mamy wrażenie, że jak zamówilibyśmy w restauracji za 10 EUR za litr „domowego” – nie bylibyśmy zawiedzeni.
Wróćmy więc do „szarej etykiety” – Etichetta Grigia Vermentino Colli di Luni DOC 2013 . Kolor bardzo jasny, słomkowy. Nos świeży, lekko kwiatowy (czarny bez), ale z kwasową nutą. Mineralne (cokolwiek dziś by to nie znaczyło) z dodatkiem słodyczy. Usta łagodne o świetnej równowadze pomiędzy nutami słonymi, słodkimi i kwasowymi. Niezbyt długi, ale bardzo przyjemnie ziołowy finisz. Bardzo wciągające. Do picia teraz, nie do odkładania do lodówki. 88/100 Za 7 EUR??? Co za pytanie! W Polsce kiedyś chyba był importer, mamy nadzieje, że się znowu pojawi i to z dobrymi cenami!
Do Etichetta Grigia Vermentino Colli di Luni DOC 2013, Cantina Lunae przygotowaliśmy miecznika po liguryjsku (jak na Winniczkowe potrzeby nazwaliśmy to danie). Bardzo prosta rzecz, a oddaje charakter kuchni regionu. Na 2 osoby potrzebujemy 400-500 g steaku z miecznika (w Warszawie dostępny często w Leclercu na Ursynowie). Na patelni na oliwie z oliwek delikatnie szklimy drobno posiekany ząbek czosnku. W tym czasie prażymy w piekarniku orzeszki piniowe. Merlina obieramy ze skóry (w Polsce steaki są już jej pozbawione). Czosnek zgarniamy na boki patelni, aby nam się nie spalił, lekko podkręcamy ogień i przesmażamy rybę z obu stron. Następnie dodajemy kieliszek białego wina, uprażone piniole, kapary, czarne oliwki i posiekaną natkę pietruszki. Delikatnie mieszamy i dyskretnie doprawiamy rybę sola, pieprzem i suszonym oregano. Gotujemy miecznika kilka chwil. Wyciągamy rybę z patelni na talerze. Redukujemy jeszcze chwilę sos i polewamy steaki. Jako dodatek podaliśmy pieczone pomidorki koktajlowe i malutkie cukinie.
Czy wino sprostało daniu? Świeżość Merlina była znakomicie dopełniona kwiatowymi nutami wina. Vermentino nadaje mu ton, ale nie przytłacza – takie rzeczy tylko w Ligurii 🙂 )) No nie – w Polsce też znajdziemy produkty i wino. Warto przygotować na elegancka w/endową kolację 🙂
PS. Cantina Lunae produkuje również marmolady i likiery. Zatrudnia do tego specjalne osoby, które do tej pory przygotowywały je w domu 🙂 Warto spróbować 🙂
Następny odcinek z podróży – już za tydzień 🙂
A&W