Madryt: dla każdego coś miłego

Udostępnij ten post

Snując się po rozgrzanym Madrycie, nie sposób nie natknąć się na sieć barów/restauracji, specjalizujących się w wędlinach – Museo del Jamon. Pierwszy lokal założony został przez braci Heras w 1978 roku. Teraz siecią zarządzają córki jednego z nich. „Muzea szynki” rozsiane są po całym mieście. Oferują serwis barowy, a w niektórych są też sale restauracyjne z innym menu. W każdym obowiązkowo jest sklep z różnorakimi wędlinami i iberyjskimi specjałami. Lokale wyglądają imponująco, gdyż są obwieszone setkami (dosłownie) dojrzewających szynek. Bar mieści się zwykle w centralnej części. Jest długi, często kręty, owalny, niklowany, z licznymi nalewakami do piwa i szklanymi gablotami na produkty spożywcze. Przez cały czas jest mocno oblegany. Rotacja jest jednak duża, więc nie ma obawy, każdy trafi na swoją kolej. Piwo jest chyba najtańsze w Madrycie – 0,2l kosztuje 0,9EUR a 0,3l 1,3EUR. Można skorzystać z oferty i za 2 piwa 0,3 plus 1 racion, czyli talerzyk szynki bądź sera zapłacić 3,90EUR. Dodatkowo każdy klient dostaje mini kanapeczkę z wędliną oraz inne przysmaki jako aperitivo (najczęściej to co akurat serwuje kuchnia w restauracji). My dostaliśmy całkiem przyjemną porcje paelli – na zdjęciu z krabikiem 🙂 . Miejsce tętni życiem od samego rana do 1-2, w nocy w zależności od godzin otwarcia konkretnego lokalu. Warto wpaść, poczuć atmosferę i nawet jeśli nie skorzystać z baru, to na pewno zrobić jakieś małe zakupy w delikatesach – choćby na kolację. Museo dysponuje selekcją szynek z całej Hiszpanii – co ciekawe nie tylko tych najdroższych, ale ma całkiem spory wybór tych w cenach 18-25 EUR za kg. Warto.

Na drugim biegunie tradycyjnej madryckiej gastronomii jest sieć (licząca 4 restauracje) Taberna de la Daniela. Restauracja działa w godzinach lunchu i potem kolacji – czyli tradycyjnie. Wnętrze jest bardzo klasycznie iberyjskie. Ściany i kolumny są wyłożone kafelkami tworzącymi charakterystyczne wzory. Dominują kolory biały, niebieski i żółty. Stoły nakryte białymi obrusami z zastawą. Do Danieli trafiliśmy za sprawą przewodnika „Where the Chefs Eat”, w którym szefowie kuchni polecają inne lokale w różnych miastach. To co nas zainteresowało, to możliwość spróbowania tradycyjnego madryckiego menu, z którego słynie to miejsce. Cocido Madrileno to w zasadzie danie jednogarnkowe, ale podawane oddzielnie. Rozpoczynamy od talerza gęstego rosołu z wermiszelem. A obok dostajemy na talerzu wszystkie mięsa, na których się on gotował z dodatkiem ciecierzycy oraz ziemniaków. Mamy więc kawałek wołowiny, kurczaka, wieprzowiny, szynki dojrzewającej z kawałkiem kości. Do tego dochodzi kaszanka, chorizo oraz kość ze szpikiem. Jako dodatek pojawiają się pikle – cebulki oraz papryczki a także dwa sosy. To naprawdę mocna porcja. Zamówiliśmy jednoosobową za 26 EUR (na zdjęciu) do tego kalmary oraz krokiet z szynką i nie byliśmy w stanie tego przejeść. Mięso jest ciężkie, rosół tłusty a ciecierzyca bardzo pożywna. To doświadczenie jedyne w swoim rodzaju. Zastanawiamy się jak można funkcjonować w wysokich temperaturach i odżywiać się tego typu kuchnią. Nawet polecana Rioja nie dała rady tym mocarnym wrażeniom. Smacznie, ale dla odważnych.

W Madrycie warto tez odwiedzić Mercado de San Miguel. Nie jest to bazar taki jak barcelońska La Boqueria. Ani nie dorównuje wielkością ani ilością punktów handlowych. Kupcy wynieśli się stamtąd już dawno i dziś pełni raczej rolę gastronomiczną. Oczywiście znajdziemy tam rzeźnika, sklep z rybami, owocami czy szynkami, ale generalnie jest tam mała gastronomia i winebar. Wygląda tak jakby warszawskie Koszyki były trochę wzorowane pod względem funkcjonalności na tym miejscu. Jedzenie można kupować w rożnych stoiskach a jeść potem egalitarnie przy stolikach barowych rozrzuconych po całej hali. To co nam się rzuciło w oczy to stoisko z gotowanymi krabami z alaski (kawałek szczypca z sałatką 5 EUR). Dobrze wyposażony winebar – Albarino, Cava, Rioja – 3 EUR kieliszek oraz droższe wina na butelki. Mercado de San Miguel jest otwarte tak jak większość lokali w Madrycie od rana do bardzo późnego wieczora. Można zatem spotkać, pijąc poranną kawę osoby, które jeszcze nie skończyły się bawić i piją też swoją poranną Cavę 🙂 Zdecydowanie warto obejrzeć to miejsce. A że jest zlokalizowane pomiędzy Plaza Mayor a Palacio Real, to nie sposób tam nie trafić.

Pomimo tłustości madryckiej kuchni lubimy tę jej „uliczność” i prostotę. Dłużej niż te kilka dni ciężko ją wytrzymać, jednak uwielbiamy to miasto i ten klimat i dlatego wracamy tam często. Po powrocie musi nastąpić jednak detoks. Sałaty, pomidory, ryby, lekkie makarony… Nie mamy wyjścia 🙂

Do następnego!

A&W

Zobacz więcej naszych podróży