Madryt: Barowo

„Pod Papugami jest szeroko niklowany bar –
Nad szklaneczkami chorągiewką żółtą świeci skwar” – słysząc pierwsze wersy piosenki pierwotnie wykonywanej przez Czerwono-Czarnych, a szeroko znanej w wersji Czesława Niemena, od razu przychodzi nam na myśl Madryt. Miasto, które nigdy nie śpi. Jego solą są właśnie lokale z metalowym (lub wykładanym kafelkami) barem z podwieszonymi popielnicami (które dziś służą już tylko jako śmietniczki na pestki od oliwek i na kwitki z baru – ale i tak jest pełno śmieci na podłodze) i barmanami obowiązkowo ubranymi w jednakowe, dosyć śmieszne mundurki. W każdym jest tłoczno. Rano można napić się kawy i przeczytać gazetę. Generalnie jednak króluje tu piwo i proste tapa. Madrilenos piją je głównie w małych szklankach (cana) 0,2-0,3 l. i leje się ono strumieniami właściwie od otwarcia lokalu do rana. Czasem piana jest kilkukrotnie strącana szpatułką, a ciecz dolewana do szklanki na nowo. Wygląda to rzeczywiście fachowo! Jeśli chodzi o wino to zwykle jest po jednej czy dwóch etykietach z każdego koloru i Cava – choć też nie zawsze. Wino czasem podawane jest w śmiesznych płaskich szklankach zamiast w kieliszkach. Nie należy więc się dziwić, gdy dostanie się je w takim szkle. Do tego można napić się Sangrii, a gdy jej nie ma (mogła się skończyć a barman nie zdążył przygotować nowej) to nie ma dramatu, zamiast można zamówić Tinto de Verano, czyli czerwone wino z oranżadą. Generalnie jest w czym wybierać. W każdym barze zjemy trochę co innego, jednak jest duży wspólny mianownik – charakterystyczne dla kuchni madryckiej są potrawy z głębokiego tłuszczu.
Takie właśnie zjemy w kultowym dla nas miejscu, czyli w Casa Toni (Calle de la Cruz 14). Prosty bar prowadzony przez wiele lat przez te same osoby. Bardzo egalitarne miejsce zwabiające zarówno lokalsów jak i turystów, o różnym kolorze skóry, wyznawców odmiennych religii, a także osób o różnej zasobności portfela. Po 21szej ciężko się wcisnąć by chociaż napić się szklaneczkę piwa. Po prostu Madryt. W Casa Toni zjemy to co powinno znaleźć się w każdym madryckim barze. Przede wszystkim obtoczone w mące i smażone krążki kalmarów z obowiązkową ćwiartką cytryny. Genialne smażone kalmary baby czyli chiopitos fritos, smażone w całości chrupiące małe rybki, flaki jagnięce, kaszankę czy smażone pocięte w paski wieprzowe uszy. Zjemy też boquerones, czyli białe sardele podawane z zielonymi oliwkami, ośmiornicę z ziemniakami , tortille czy też same ziemniaki z ostrym sosem (patatas bravas). Daniem które oczywiście również możemy zjeść w Casa Toni, ale jest dostępne właściwie wszędzie – są smażone papryczki pimientos de padron . Są zielone i dosyć małe. Z wyglądu wydają się być piekielnie ostre, ale to tylko złudzenie, gdyż są zdecydowanie łagodne. Można je już dziś dostać bez problemu zarówno w delikatesach jak i w Biedronce czy Lidlu. Kosztują około 2-4 PLN za tackę. Czyli najprostsze tapas można z powodzeniem przygotować w domu! Zajmuje to zaledwie kilka minut a efekt jest identyczny z oryginalnym;) Mamy więc madrycki bar pod naszym dachem bądź też w ogrodzie. Rozgrzewamy mocno oliwę z oliwek na patelni. Musimy wlać jej trochę więcej – tak około 0,5cm. Gdy będzie bardzo gorąca (a taka musi być!) wrzucamy papryczki. Należy bardzo uważać, gdyż tłuszcz będzie strasznie pryskał. Naprawdę uzbrójcie się w dobry fartuch i długie szczypce do przewracania papryczek, a dzieci i innych współbiesiadników odsuńcie na kilka metrów od patelni. A smażymy je jedynie po kilkadziesiąt sekund z każdej strony, aby były miękkie, a skórki mocniej przesmażone i sczerniałe. Odsączamy papryczki na ręczniku papierowym, przekładamy na talerz lub do miseczki i solimy grubą solą morską. Do tego szklanka zimnego piwa i mamy Hiszpanię w Polsce 🙂
Za tydzień przeniesiemy się do innych madryckich lokali! Do następnego!
A&W