Castello del Terriccio – magia toskańskiego wybrzeża

Udostępnij ten post

Zjeżdżając z autostrady, meandrującej wzdłuż gorącego, toskańskiego wybrzeża i kierując się do zarezerwowanego agroturitsmo, od razu rzuciła nam się w oczy mnogość samochodów z zagranicznymi (nie włoskimi) rejestracjami. Nie były to też byle jakie auta. Co i rusz mijaliśmy wysokiej klasy Porsche, Mercedesa, czy Lambo. Czyli to prawda, witamy w Bolgheri – pomyśleliśmy sobie.

Skąd wziął sukces Bolgheri?

W owianej magią Toskanii, Bolgheri to jakby osobny byt, dumnie zadzierający nosa i świadomy swojej marki. Miejscowi muszą jakoś nadrobić fakt, że w przeciwieństwie do na przykład Chianti, gdzie pierwsze przepisy apelacyjne powstały już w 1716 roku, a winiarstwo rozwijało się od kilku pokoleń, tutejsze wina na światową scenę (przyznajemy, że z przytupem) wkroczyły zaledwie kilkadziesiąt lat temu – w latach 70-80 tych ubiegłego stulecia. Wcześniej był to region typowo rolniczy, w którym łany zbóż mieszały się z zabagnionymi łąkami. Aż „nadejszła wiekopomna chwila” i sukces kilku „supertoskanów” (jak później zwykło się nazywać czołowe tutejsze wina) odmienił ten region. Marki takie jak Ornellaia czy Sassicaia przetarły szlaki na salony kolejnym etykietom, a miejscowi rolnicy zmienili się w winiarzy, dołączając do kilku arystokratycznych rodów, które zapoczątkowały ten trend. To oczywiście wielki skrót, pamiętajcie że dziś historia młodego pokolenia winiarzy jest nieco odmienna.

Wizyta warta zachodu

Pewnie się domyślacie, że byliśmy odrobinę sceptycznie nastawieni, na szczęście szybko okazało się, że miejscowi są tak samo sympatyczni, jak w innych włoskich regionach. Widoki przepięknie (Marta uważa, że to ładniejsza część Toskanii) i spokojnie stające w szranki z najpiękniejszymi miejscami Chianti czy okolic Montalcino. Wina? No cóż, to klasa sama w sobie. A że trzeba za nie słono płacić, to takie są prawa rynku i nic już na to nie poradzimy. Planując same wizyty w winnicach postawiliśmy sobie za cel, aby odwiedzić jednego producenta znanego w Polsce i drugiego, który do naszego kraju jeszcze nie jest importowany. Dziś zabieramy Was ze sobą do Castello del Terriccio (wina w ofercie Winkolekcji) i żeby uprzedzić ewentualne uwagi, od razu zaznaczamy, że nie leży ono w samym Bolgheri, lecz nieco dalej na północy.

Dla tych, którzy poszukują w winach polskich akcentów warto wspomnieć, że pod koniec XVIII wieku posiadłość trafiła do rąk książąt Poniatowskich, którzy odpowiadają za podwaliny przekształcenia jej w gospodarstwo rolne. Jednak nie dane im było stać się winiarskimi potentatami, gdyż po I wojnie światowej, gdy o winach z toskańskiego wybrzeża nie słyszał jeszcze niemal nikt na świecie, sprzedali ziemię książętom Serrafini Ferri, w posiadaniu pozostaje do dnia dzisiejszego. Współcześnie rolnictwo nadal odgrywa znaczącą rolę w całej posiadłości, jednak od lat 70-tych zaobserwować można stopniową ekspansję winnic, które początkowo zajmowały 25 hektarów, a dziś sięgają ponad 60-ciu. To, że fani winiarstwa mogą dziś smakować świetne wina Castello del Terriccio to zasługa Gian Annibalego Rossi di Medelana, którego wielką pasją były konie i wina. Pierwszą z nich przypłacił zresztą poważnym uszczerbkiem na zdrowiu, gdy po upadku z konia stracił władzę w nogach. Nie przeszkodziło mu to w dalszym, skutecznym zarządzaniu rodzinnym biznesem, a próbkę tego mogliśmy zaobserwować na własne oczy. Tak się bowiem przypadkowo złożyło, że nasza wizyta zbiegła się w czasie z jego dorocznymi odwiedzinami w posiadłości i mogliśmy dostrzec jak cała obsługa chodziła na szpilkach.

Degustację win odbyliśmy z cudownym widokiem na posiadłość i majaczące w oddali morze. Choć produkcja Castello del Terriccio jest skupiona na czerwieniach, rozpoczęliśmy od Castello del Terriccio Con Vento 2017, a więc kupażu Sauvignon Blanc (70%) oraz Viognier. Wytłoczony z owoców sok przez dobę pozostaje w kontakcie ze skórkami (w celu przeciwdziałania utlenieniu pod warstwą suchego lodu), a po fermentacji wino przez 6 tygodni leżakuje na osadzie. Następnie po kilku dodatkowych miesiącach w stalowych zbiornikach, już bez fermentacji malolaktycznej, trafia do butelek. Rozpoczyna się od nut jabłek i gruszek, melona oraz świeżej natki pietruszki. Ma bardzo dobrą kwasowość, a owocowość jest czysta i orzeźwiająca. Dodatek Viognier daje o sobie znać poprzez niezły ciężar i koncentrację, a te przyjemne doznania wieńczy słonawy finisz. Idealnie pasować będzie do owoców morza oraz ryb (nawet tych tłustszych). Bardzo dobre- (89/100).

Brodoskie odmiany

Toskańskie wybrzeże słynie z win z odmian bordoskich. O ile jednak nie jesteśmy wielkimi fanami samego Bordeaux, to w tutejszej ekspresji wina ta nabywają innych odcieni, a nasze podejście staje się diametralnie różne. Zwykle pozycje te posiadają bowiem tak charakterystyczną dla Toskanii tłustość i delikatną owocową słodycz, której (z wyjątkiem ciepłych roczników) nie tak łatwo znaleźć w deszczowym i znacznie chłodniejszym Bordeaux.

Castello del Terriccio Tassinaia 2014 to zmieszany w równych proporcjach Merlot i Cabernet Sauvignon. Owoce pochodzą z ponad 37 hektarów, ale każda parcela winifikowana jest osobno. Fermentacja odbywa się częściowo w stalowych zbiornikach, a częściowo w beczkach, gdzie wino spędza około 6 miesięcy. Owoc w tym winie jest fenomenalny, pełen soczystych nut czarnej porzeczki, wiśni, czereśni i dojrzałych malin. W palecie można jeszcze doszukać się liścia laurowego, ziela angielskiego, dymu, leśnej ściółki, igliwia. Kwasowość jest zaznaczona, ale nie taka silna, do jakiej przyzwyczajeni są fani toskańskiego Sangiovese. Całość zamykają wysokiej klasy taniny, które przyjemnie wysuszają usta. Mimo czterech lat na karku to młodziutkie wino, które warto odłożyć na co najmniej 5 lat. Znakomite- (92/100).

Najsłynniejszą etykietą producenta jest bez wątpienia kolejne przez nas spróbowane wino – Castello del Terriccio Lupicaia 2009. Cieszymy się zwłaszcza, że mogliśmy spróbować starszego rocznika, jest to bowiem pozycja, która zdecydowanie wymaga cierpliwości. W składzie znajdziemy 85% Caberneta Sauvignon, 10% Merlota i 5% Petit Verdot (rokrocznie używany kupaż może się nieco zmieniać). Do produkcji używane są jedynie najlepsze, starannie selekcjonowane owoce, a każda z odmian jest winifikowana i starzona oddzielnie. W końcu, po dwóch latach w 500-litrowych tonneaux, finalny kupaż trafia do butelek. Dzieje się w tym winie mnóstwo, począwszy od pojawiających się czerwonych i czarnych porzeczek, przez śliwki, jeżyny, czy nawet jagody. Do tego dochodzi garbowana skóra, dym z ogniska, czarny pieprz. Ciało jest słodkie, nieco konfiturowe, ale o najwyższej klasy soczystości. Na podniebieniu układa się bardzo elegancko, dodając do wspomnianych już motywów przyjemne nuty ziemisto-żwirowe i delikatnie liściaste. Żywe, świeże, wręcz delikatnie za młode. Niczego mu nie brakuje, ale też żaden element nie wystaje znad reszty. Arcydzieło- (94/100).

Najnowszą pozycja w stajni producenta jest wino nazwane po prostu Castello del Terriccio 2007. To mieszanka 50% Merlota, 25% Syrah, a całość jest uzupełniona innymi czerwonymi odmianami, których konkretnych proporcji producent już nie podaje. Próbowany przez nas rocznik dojrzewał w baryłkach. Idziemy tu kolejny krok w stronę bardziej słodkiego, skoncentrowanego wina. Zamiast czerwonych owoców mamy przede wszystkim śliwki i nieco jeżyn, syropu z czarnych porzeczek, kirschu, konfitury z wiśni. Mylił się ten, który spodziewałby się tu toskańskiego wcielenia Primitivo, bo kwasowość wciąż jest wyczuwalna, a taniny mocniejsze i mniej wtopione niż w poprzednich pozycjach. Paradoksalnie to najstarsze wino jest najmniej gotowe do picia. Znakomite (93/100).

Od dawna zastanawiamy się jak to jest, że wina które na papierze, patrząc tylko na ich skład (Merlot plus Cabernet) pewnie ominęlibyśmy łukiem, tak bardzo nam smakują. Ale tak właśnie objawia się jedna z największych tajemnic winiarstwa, to mityczne terroir, dzięki któremu niuanse siedliska oddziaływują na finalny kształt, z poszczególnych elementów tworząc wielkie butelki.

Zobacz więcej naszych podróży