Amsterdam 2018: Śledź i burger na początek

Amsterdam… co za kosmiczna winno/kulinarna destynacja… No generalnie wydaje się, że bez sensu. W końcu to miasto to Sex, Drugs and Rock’n’Roll, a nie mekka kulinarnych freaków. Ale oprócz Sex businnes, Canna business jest też ogromny przemysł restauracyjny. Jak się w nim nie zgubić, kiedy tabuny wieczorów panieński i kawalerskich przewalają się co noc przez miasto i jedzą i piją wszystko, co popadnie. Czy kuchnia holenderska to tylko śledź w bułce i krokiety?
Zacznijmy od śledzia. Budki z tą rybą znajdziecie w kilku miejscach w centrum. Zawsze jest kilku-kilkunastoosobowa kolejka. Sprawa jest prosta – albo matjas (młody surowy śledź przed pierwszym tarłem) w bułce z cebulą i ogórkiem konserwowym, albo na tacce z cebulą i ogórkiem. Śledź jest dosyć słony, ale delikatny. Warto spróbować, nie jest to jednak naszym zdaniem jakiś mega odjazd. Ot smaczna kanapka/streetfood, zjedzona pomiędzy jednym muzeum a drugim. Cena – 3 EUR. Jednak trzeba przyznać, że tego samego typu kanapki dostępne w Hali Gwardii (też za około 10 PLN) mają się kompletnie nijak to tych z Amsterdamu. Niestety są słabe – szkoda prądu. Są jednak w Amsterdamie miejsca, gdzie rybny prosty posiłek staje się uliczną sztuką. Niejaki Rob Wigboldus zwany poniekąd słusznie Fishmonger’em (Zoutsteeg 6) prowadzi niby taką samą budkę (tyle że na parterze kamienicy), ale… Otwiera z samego rana, smaży w głębokim tłuszczu dorsza, łupacza, gładzicę, i znowu dorsza, ale tym razem w ostrych przyprawach. Ma też śledzie, łososie, wegorze i różne sałatki a do tego buła i napój – najlepiej Grolsch Świetna jest kanapka z rybą (of your choice) z sosami, sałatą, cebulą i ogórkiem konserwowym. 4,5 EUR. Piwo do ryby – 2 EUR. Super stosunek jakości do ceny. Normalnie prawie McFish… 🙂 w środku 2 stoliki. Jedzą wszyscy razem. Przy naszym czteroosobowym – pogadaliśmy po hebrajsku/polsku/angielsku – i git Można oczywiście na pobrać wynos. Świetne miejsce, tylko oczywiście trzeba lubić stretfood i kwestie z nim związane.
Jednak popyt na kanapkę w biegu nie jest głównym nurtem kulinarnym Amsterdamu. Kierunek wyznacza pożywne tłuste jedzenie, które stawia na nogi pomiędzy 7 a 8 pintą lagera o północy. Burgerowni lub też restauracji, które mają w swojej ofercie wołowe kotlety, jest zatrzęsienie. Jest też pizza i inne tego rodzaje kulinarne „banały”. Dla osób zmęczonych wieczorem pewnie nie ma znaczenia na co trafią, my jednak szukamy ideału. A poza tym uwielbiamy burgery. Jak poznać czy miejsce jest odpowiednie? Po pierwsze zapytajcie czy podają krwiste – nawet jeśli lubicie inne. Jeśli ściemniają, że prawo Unii Europejskiej zabrania, albo że to nie polędwica, więc nie mogą tak przygotować dania – to uciekajcie gdzie pieprz rośnie. Mają słabe, przypuszczalnie nie do końca świeże lub z niesprawdzonego źródła mięso. Zabezpieczają się przed pozwami. Niestety takich miejsc jest sporo. Nie polecamy w szczególności Burger Fabriek – sieciowa knajpa, nie tania i w opisanym stylu. Kompletnym przypadkiem trafiliśmy do De Nieuwe Pilserij Garand Cafe (Gravenstraat 10A) i to był hit! Jeden z lepszych burgerów (12,5 EUR) , jakie jedliśmy w życiu plus znakomite frytki (puszyste, ale chrupiące) no i (co się rzadko zdarza) wino domowe z butelek 0,75 – fantastycznie owocowy, prosty Cab z Chile. Idealny do krwistej wołowiny. I teraz – to istotne – Agata je bezglutenowo. W grudniu zamiast buły dali tonę frytek i podwójną sałatę a teraz ekstra podwójnego burgera i dodatkowy talerz frytek. No serwis w kosmosie. Ja – Wojtek – wziąłem biodrówkę rare z sosami (19,5 EUR) – i taką dostałem – rewelacja. Trochę czekaliśmy na jedzenie, jednak dobre piwo i pieczywo z masłem umilało nam (mi) te „ciężkie chwile”. Czas oczekiwania jest jednym z problemów tej restauracji, opisywanym na portalach. Ale jak idziecie na kolacje po całym dniu wrażeń – to i tak się Wam nie spieszy. Chyba że ma się inne priorytety…
Tak więc dziś śledź i burger a za tydzień 1 gwiazdka Michelin w Amsterdamie – można? No chyba lepiej niż Barcelonie!
Do następnego!
A&W