Podróż 2015: Jemy w Lucca w Buca :)

Udostępnij ten post

 Tym razem jemy! Od osób od których wynajmowaliśmy mieszkanie w Lucce dostaliśmy namiar, na ich zdaniem, jedną z najlepszych restauracji w mieście – Buca di S. Antonio. Wcześniej zaanonsowaliśmy się mailowo, ale i tak przyszliśmy od razu po przyjeździe, aby się przypomnieć. Okazało się, że szef kuchni (oraz współwłaściciel restauracji) Giuliano Pacini jest na trzy-dniowym urlopie, ale jego syn Corrado (który jest menedżerem restauracji) oprowadził nas wspaniale po tym interesującym miejscu. Buca w starotoskańskim oznaczała tawernę/osterię, ale też „dziurę” (część restauracji mieści się w podziemiach). Początki tego miejsca – będącego zarówno jadłodajnią, jak i zajazdem – szacuje się nawet na XV/XVI wiek. W XVIII wieku była ta stajnia i poczta, a także hotel i winiarnia, ale cały czas miejsce to spełniało swoje usługowo-kulinarne zadania. Dziś jest dużą dwu-poziomową restauracją o kilku salach i wielkiej kuchni, serwującą dania regionalne z Lukki i okolic. Corrado uważa, że kuchnia Lukki ma tę przewagę nad innymi lokalnymi kuchniami toskańskimi, iż składniki czerpie ze wszystkich możliwych środowisk. Ryby prosto z morza śródziemnego, które jest zaledwie trzydzieści kilometrów na zachód, góry otaczają miasto od północy, a na południu rolnicy uprawiają wszystkie potrzebne warzywa. Dzika zwierzyna również pojawia się w okolicznych lasach. A więc w odróżnieniu od Toskanii centralnej i wschodniej mamy reprezentację wszystkich produktów występujących zarówno kuchni śródziemnomorskiej, jak i centralnej.

Menu w Buca jest więc zróżnicowane, jednak ja – mówi Corrado; najważniejsza jest pasta i pierożki. Codziennie rano w specjalnym pomieszczeniu produkowany jest makaron – wszystkie rodzaje potrzebne do wypełnienia menu. Byliśmy nawet zaproszeni na oglądanie tego rytuału, ale mieliśmy już zaplanowane inne aktywności. Z tej sali przechodzimy do kuchni właściwej. Tam już jest „gorąco”- kilkanaście osób uwija się przy swoich sekcjach. W dużych garnkach bulgoczą wywary, w części „makaronowej” sosy czekają na podanie (ragu mięsne, pomidorowy, z królika), dalej przechodzimy przez mały hol do części podziemnej, gdzie wraz z prywatnymi salami jest też piwnica w której leżakuje około 250 etykiet, które są w menu restauracji. My zamówiliśmy lokalną etykietę Montacarlo Rosso 2014, Tenuta del Buonamico. Wino jest produkowane przez znajomych Corrado i zostało nam polecone, jako uniwersalne do zestawu dań, jakie zaproponowanych przez ekipę restauracji. To Sangiovese z małą domieszką Ciliegiolo, dojrzewa tylko w stali. Znakomite czerwone wino jak na godzinę 12:30 i pranzo 🙂 czyli włoski brunch. Lekkie, bardzo owocowe, ale o dobrej strukturze, która daje radę z różnymi daniami (głownie mięsnymi).

Zaczęliśmy od dania sezonowego – czyli risotto ze świeżymi borowikami (dużo delikatniejsze od tego, które robimy z suszonych). Ryż – oczywiście al’dente – i „na fali”. Trochę tymianku i wszystko się zgadza. W tym przypadku nie dosypujemy parmezanu. Następnie dostaliśmy pierożki nadziewane mięsem wołowo-wieprzowym (z dodatkiem kardów i moczonego w mleku pieczywa oraz soli, pieprzu i gałki muszkatowej) z dodatkiem ragu mięsnego. Obok, jako porcję degustacyjną, zaserwowano nam pierożki z ricottą i szpinakiem oraz sosem cukiniowym (podobnym do tego, jak w tagliatelle z cukinią i chilli ). Smaki bardzo klasyczne, a makaron fantastycznie elastyczny. Na drugie danie podano nam najlepsze flaki po toskańsku, jakie kiedykolwiek mieliśmy okazję jeść. Bardzo delikatne, aromatyczne, miękkie z gęstym, ale tylko delikatnie unurzane w pomidorowym sosie. Drugim daniem głównym była pieczona noga koźlęcia. Podano ją z pieczonymi ziemniakami i krokietem warzywnym. Lekkie białe mięso ze świetnie przyrumienioną skórką. Nie pozbawione jednak charakteru. Wino pasowało do wszystkich dań – bez rewelacji, ale jednak porażki do żadnego nie było.

Na deser wzięliśmy na „dobicie” jedną porcję pieczonych owoców z kulką lodów kasztanowych. Córka wyjadła nam całą pieczoną pomarańczę, a my spokojnie delektowaliśmy się gruszkami, jabłkami, śliwkami a nawet kiwi. Musujące, półsłodkie, różowe wino było dobrym odświeżającym elementem deseru.

Wracaliśmy do mieszkania mocno przejedzeni… ale po wspaniałej kulinarnej przygodzie. Dużo tradycyjnych smaków, podanych w troszkę nowocześniejszym stylu, ale nie wychodzącym poza klasykę. Tego jednak właśnie szukamy – możemy z czystym sumieniem polecić to miejsce! Na kolację były tylko po dwa plasterki Prosciutto crudo Toscana i Pecorino Toscana plus Sangiovese od Fubbiano. Ale to już „off the record” 🙂

Za tydzień kolejne wrażenia!

Do następnego!

A&W

Zobacz więcej naszych podróży