Alwin Jurtschitsch – kochany szaleniec

Pierwszy dzień Tour de Vin upłynął nam pod znakiem wizyt u producentów młodego pokolenia ÖTW, dynamicznych winiarzy, których głowy są pełne pomysłów, łączących tradycje poprzednich pokoleń ze swoimi nowatorskim podejściem, otwarciem na nowinki i panujące obecnie w winnym świecie trendy. O braciach Dietmarze i Ludwigu, którzy stopniowo przejmują odpowiedzialność za Weingut Hiedler opowiadaliśmy całkiem niedawno, a dziś zabieramy Was do kolejnego z tych „szaleńców” – Alwina Jurtschitscha.
Rozmowy na podwórzu
Gdy spotkaliśmy go wczesną wiosną na Summie, Alwin od razu uprzedzał, że podczas Tour de Vin (na który już wówczas planowaliśmy się udać) może być bardzo zabiegany, ale postara się znaleźć dla nas choć kilka minut. Dodatkowo niespodziewane załamanie pogody (na szczęście bardziej prognozowane niż realne), sprawiło, że w przededniu festiwalu Alwin musiał zmienić koncepcję i przenieść degustację z podwórza winiarni do piwnic, a w sobotnie południe wciąż miał pełne ręce roboty. Jednak gdy tylko nas zobaczył spytał, czy bardzo spieszymy się do następnego producenta, a jeśli nie, to żebyśmy chwilę na niego poczekali. Usiedliśmy więc na sobie na słoneczku (które akurat wyszło zza chmur) i po kilku minutach Alwin rzeczywiście do nas dołączył i mieliśmy przyjemność z nim dłużej porozmawiać.
Musicie bowiem wiedzieć, że jest to jeden z najsympatyczniejszych i najbardziej otwartych winiarzy, których poznaliśmy. Mimo wspaniałych win, które tworzy, nie ma w nim za grosz zadzierania nosa, a wręcz przeciwnie, jest niezwykle skromną osobą z uśmiechem, który nie schodzi mu z ust. Wystarczy dosłownie chwila rozmowy z nim, aby poznać, jak wielką pasją jest dla niego winiarstwo. Gdy opowiadał nam o trudach ostatniego rocznika, słuchaliśmy jak zaczarowani, Alwin ma bowiem prawdziwy talent do opowiadania o winach. To co nam bardzo zaimponowało to fakt, że jest w stanie godzić obowiązki na winnicy, w winiarni i zagraniczne podróże z wychowywaniem trójki dzieci. Oczywiście dzielnie wspiera go w tym żona Stefanie, która też pochodzi z rodziny o wielowiekowych tradycjach winiarskich (jest córką nieżyjącego już niestety od kilku lat Fritz Hasselbacha, który prowadził winiarnię Gunderloch, jedną z najlepszych w niemieckiej Hesji Nadreńskiej). Alwin opowiadał jak to Stefanie pomimo nieprzespanych nocy (niedawno urodziła się im najmłodsza latorośl), chciała być cały czas na bieżąco podczas zbiorów i winifikacji, mając nawet więcej sił i determinacji od męża.
Kolejnym bardzo absorbujących nas zagadnieniem, o które chcieliśmy podpytać Alwina była kwestia ocieplenia klimatu i tego, jak będą sobie radzić z nim winiarze. Spodobało się nam jego podsumowanie – nie ma złych roczników, są tylko bardziej wymagające dla winiarzy. Rzeczywiście lata 2017 i 2018 były dla Kamptal ekstremalne jeśli chodzi o temperatury latem, ale odpowiednie prowadzenie winorośli, zapewnienie winogronom zacienienia i przestawienie się na produkcję organiczną są kluczem do zbilansowania tych zmian klimatycznych, które obserwujemy. W portfolio Alwina znajduje się całkiem sporo win czerwonych i ta proporcja może w ciągu najbliższych zmian ulec jeszcze większemu przesunięciu, gdyż ciemne odmiany winorośli radzą sobie coraz lepiej w okolicach Langenlois.
Wina na wariackich papierach
Alwina kochamy przede wszystkim za dwie rzeczy – musiaki (zarówno te tradycyjne jak i pet-naty) oraz wina naturalne. To właśnie nim chcemy poświęcić dzisiejszy wpis. Bo o ile pozostałe pozycje Alwina stoją również na niesamowicie wysokim poziomie, to jednak w regionie jest kilku producentów, których wina co najmniej im dorównują. Natomiast jeśli chodzi o wspomniane perełki, to naszym zdaniem nie ma lepszego producenta w Kamptal niż Alwin Jurstchitsch (może się z nim równać co najwyżej Fred Loimer).
W Polsce wina od Alwina (w tym te świetne pet-naty) znajdziecie w ofercie nowego importera TERROIRyści, za którym to projektem stoi Piotr Pietras MS.
Jurtschitsch Brut Rosé NV (21 eur – podajemy ceny przy zakupie bezpośrednio u producenta)
Różowy musiak Alwina jest oparty o Zweigelta, któremu towarzyszy 15% Pinot Noir i tyleż samo St. Laurenta. Wino powstaje metodą tradycyjną (szampańską). Najpierw produkowane jest „zwykle” wino spokojne, które następnie trafia do butelek, gdzie po dodaniu drożdży przechodzi drugą fermentację i dojrzewa na osadzie przez mniej więcej 30 miesięcy. Jest świetnie owocowe, bardzo soczyste i żywe. Pachnie wiśniami, poziomkami i truskawkami. Usta odznaczające się kwasowością, ale też idące w wyraźnie owocową stronę, praktycznie brak tutaj akcentów drożdżowych i chlebowych, tak często spotykanych w winach musujących produkowaną tą metodą. Radosne, świetne na ostatnie promienie letniego słońca. Bardzo dobre+ (91/100).
Jurtschitsch Grüner Veltliner Brut Nature 2015 (23 eur)
Drugie z win musujących produkowanych klasyczną metodą to czysty Grüner Veltliner w wersji bez dosage, o poziomie cukru poniżej 1 gram. Wino jest czyste, kwaskowe, bardzo wyraziste i mineralne. Tu znów nie ma zbyt wiele owoców, a całość zbudowane jest wokół nut skalistych, stalowych, chłodnych. Elektryczne i żwawe. Idealne na aperitif, bo kwasowość momentalnie pobudza ślinianki. Znakomite- (92/100).
Fuch und Hase Pet Nat Vol 2 2017 (15,90 eur)
Fuch und Hase to wspólny projekt Stefanie i Alwina oraz Anny i Martiny Arnodorfer z Weingut Arndorfer. Ten szalony zestaw obejmuje kilka pozycji różniących się od siebie używanymi odmianami i szczegółami winifikacji. Każde z nich jest inne, każde wyjątkowe. Sama zaś metoda pét-nat to z francuskiego petillant naturel, oznaczająca wina, które zostają zabutelkowane jeszcze nim fermentacja zostaje zakończona i kończy się ona w butelce. W efekcie powstaje wino co prawda mniej musujące niż te powstające metodą klasyczną, ale za to pełne owocowych, soczystych aromatów. W składzie pierwszej ze spróbowanych wersji znajdziemy Grüner Veltlinera i Gelber Muskatellera, które przez tydzień są macerowane na skórkach. Jest świetnie orzeźwiające, kwaskowe, a wręcz delikatnie słone. Pachnie kwiatami, jabłkami i melonem na ziołowym tle. Radosne i nieskrępowane. Bardzo dobre- (89/100).
Fuch und Hase Pet Nat Vol 3 2017 (17,90 eur)
Tu już zmiana odmianowa, bo wyciśnięty sok z Welschriesling jest macerowany przez 12 dni na skórkach Rieslinga. W aromacie słodsze, z akcentami mirabelek, jabłek, czy nawet płatków róży. Imponuje w nim fantastyczna, mocna, soczysta kwasowość, zostająca na języku przez długie minuty po przełknięciu wina. Bardzo dobre+ (91/100).
Fuch und Hase Pet Nat Reseve 2015 (19,90 eur)
To już czysty Grüner Veltliner, który długo leżakował na osadzie. Ten okres dojrzewania odcisnął się na samym winie, w którym znajdziemy dużo wosku, dojrzałych jabłek, ale też nuty cytryn czy wręcz limonek. Usta wciąż intensywnie kwaskowe, mocne i stanowcze. W finiszu pojawia się przyjemna stalowa nuta. Bardzo dobre (90/100).
Fuch und Hase Pet Nat Rose 2015 (15,90 eur)
Po spróbowaniu tego wina od razu się uśmiechnęliśmy. Lubimy bowiem takie radosne pozycje. Nie ma tu oczywiście tej głębi smaku, które mamy we wcześniej opisywanym różu (bo jednak jest to inna metoda produkcji), ale wino nadrabia soczystością i werwą. Czujemy wręcz, jakbyśmy rozgryzali w ustach kwaskowe wiśnie i nie do końca dojrzałe truskawki. To jedna z tych butelek, które opróżnia się nie wiadomo nawet kiedy. Bardzo dobre+ (91/100).
Fuch und Hase Pet Nat Ponyhof 2014 (19,90 eur)
Chyba najdziwniejszy ze spróbowanych pet natów, w składzie którego znajdziemy 100% Grüner Veltlinera. Praktycznie brak w nim owoców, a zamiast tego mamy zielone pomidory, włoszczyznę, cebulkę, czy nawet sos sojowy. Co jednak ciekawe, w ustach bardzo ładnie soczyste, kwaskowe i rześkie. Trudne, ale mogłoby fajnie zagrać z azjatycką kuchnią. Bardzo dobre+ (91/100).
Jurtschitsch Grüner Veltliner Belle Naturelle 2018 (15 eur)
Przechodzimy już do win spokojnych, a na pierwszy rzut idzie Veltliner macerowany przez 14 dni na skórach w dużych, neutralnych beczkach. Do butelek trafia bez filtrowania i klarowania. Jest w nim nieco akcentów siana połączonych z wyraźnymi nutami jabłkowej skórki. W ustach pojawia się zaś ta charakterystyczna dla win Alwina wyrazista, mocna, cytrynowa kwasowość. Całość z jednej strony bardzo czysta, ale też z ładną fakturą i eleganckim wykończeniem. Bardzo dobre+ (91/100).
Jurtschitsch Rosé Belle Naturelle 2018 (16 eur)
Bliźniacza butelka w wersji różowej powstaje z Pinot Noir, Zweigelta i Caberneta Sauvignon. Tu znów fermentacja odbywa się w 600-litrowych beczkach, ale wino dojrzewa tam (wraz ze skórkami) przez kilka miesięcy. To jedno z naszych ulubionych win Alwina. Pachnie feerią czerwonych owoców – maliny, truskawki, kwaskowe wiśnie, porzeczki. Smakuje zaś niemal jak czysta esencja owocowego soku, gdyby nie kwasowość, która dodatkowo to wino utrzymuje w ryzach. Znakomite- (92/100).
Jurtschitsch Freier Loiser 2015 (33 eur)
Ostatnia pozycja, którą chcielibyśmy opisać to pochodzący z parceli Loisenberg Grüner Veltliner, który po zbiorach trzy lata spędził na osadzie w beczce, a do butelek trafił oczywiście bez filtracji i klarowania. Szalenie ciekawe wino, w którym z pozoru niewiele się dzieje. Ale pod tym zachowawczym makijażem szepcze do nas słodkawy owoc. Wino smakuje zresztą niemal jak sok jabłkowo z kilkoma kroplami syropu z gruszek. Soczystość owocu jest w tym winie po prostu fenomenalna, tak mogłaby smakować po prostu czysta esencja Veltlinera. Znakomite (93/100).
Naszym skromnym zdaniem opisane wyżej pozycje oddają charakter win Alwina nawet lepiej niż wina „klasyczne”. Mocna kwasowość, mineralność i czystość aromatów to cechy, które zawsze w nich znajdujemy. Nie mielibyśmy nic przeciwko, gdyby ten fantastyczny winiarz jeszcze mocniej skręcił w naturalną drogę. Już nie możemy się doczekać kiedy będziemy mogli znów się z nim zobaczyć!