Albariño i Mencia z Lidla

Traf chciał, że nasz wakacyjny wyjazd (przy okazji przypominamy, że możecie już przeczytać relację z wizyty u Fritza Wieningera), zbiegł się w czasie z zaprezentowaniem przez Lidl nowej oferty win z Półwyspu Iberyjskiego. Możecie wybierać spośród 20 nowych etykiet, a także kilkunastu pozycji, które były dostępne w poprzednich ofertach. Nam Lidl przesłał do spróbowania dwa wina, które postaramy się Wam przybliżyć w dzisiejszym wpisie.
Oba reprezentują północ Hiszpanii i od razu rzucają się w oczy atrakcyjnymi etykietami. Czytaliśmy kiedyś artykuł na temat badań marketingowych dotyczących zachowań konsumentów marketów w Wielkiej Brytanii. Atrakcyjność etykiety była tam w pierwszej trójce elementów, które decydują o wyborze danego wina, szczególnie u osób, które dopiero zaczynają przygodę z winem lub wino kupują okazjonalnie. Ciekawe czy również z naszym kraju sytuacja kształtuje się podobnie?
Pierwsze z win to reprezentant Rías Baixas, regionu leżącego w hiszpańskiej Galicji. Króluje tu biała odmiana Albariño (pod nazwą Alvarinho używana do produkcji Vinho Verde w regionie Minho, leżącym już po drugiej stronie nieodległej granicy z Portugalią). Apelacja Rías Baixas powstała w 1988 roku, a oznaczane nią wina muszą zawierać 100% Albariño. Prawdziwy boom dotknął region na przełomie lat 90-tych oraz początku nowego wieku. Świeże, rześkie, kwaskowe i co najważniejsze niebeczkowane wina stanowiły miłą odmianę dla fanów butelek z Hiszpanii i w krótkim czasie Albariño zyskało międzynarodową sławę. Jak to jednak często bywa, w ostatnich latach Rías Baixas stał się ofiarą swojego sukcesu. Powstające jak grzyby po deszczu nowe winnice, rosnąca wydajność, seria niezbyt udanych pogodowo roczników (2012-2014) i nie do końca zrozumiałe eksperymenty z używaniem beczek sprawiają, że ta jaśniejąca gwiazda nieco przygasła.
Lidl konsekwentnie stawia na Albariño/Alvarinho, na półkach macie do wyboru trzy pozycje. My spróbujemy Rectoral do Umia Rías Baixas Albariño Sentido 2015 (19,99 zł), które pachnie jabłkami, brzoskwiniami i marakują. Zapach jest stosunkowo prosty, jednowymiarowy. Usta również pod dyktando owoców (tu pojawia się jeszcze gruszka), z ładną kwasowością. Wino jest czyste, ale niezbyt skomplikowane i niestety nie wpisujące się we wzorzec odmiany. Powinno Wam smakować, ale nie wyrabiajcie sobie na jego podstawie opinii o Albariño. Dobre.
Czerwone wino jest w teorii jeszcze ciekawsze od poprzednika. Powstało z wciąż mało popularnej, a bardzo interesującej odmiany jaką jest Mencia. Jej królestwem jest leżący przy granicy z Galicją, ale już w prowincji Kastylia-Leon, region Bierzo. Stanowi ona tutaj około 70% z ponad 3.000 hektarów upraw. Kiedyś sądzono, że Mencia może mieć coś wspólnego z Cabernetem Franc, jednak najnowsze badania pokazały, że szczep jest tożsamy z portugalską odmianą Jaen. Jest kapryśny w uprawie, podatny na choroby grzybowe, dający niskie zbiory i mający tendencję do zbyt wysokiego poziomu kwasowości w połączeniu z wysokim alkoholem. Nic więc dziwnego, że przez długi czas produkowano z niego wina znane jedynie na lokalnym rynku. Nowa era rozpoczęła się w Bierzo na początku tego wieku, gdy regionem zainteresowała się rodzina Palacios, która wcześniej przywróciła do życia kataloński Priorat. Okazało się, że w odpowiednich rękach Mencia potrafi dać ciekawe, owocowe wina z atrakcyjną świeżością, nutami ciemnych owoców oraz ziół.
Jak prezentuje się „zimowy wiatr”, bo tak po przetłumaczeniu brzmi nazwa wina Martín Códax Bierzo Mencía Viento de Invierno 2013 (29,99 zł)? W nosie rozwijają się dwie linie zapachowe. Pierwsza to mocne akcenty owocowe, dojrzałe jeżyny, jagody i trochę żurawiny. Druga to nuty delikatnie zielone, leśna ściółka, inkaust. Usta soczyste, ładnie kwaskowe, lżejsze niż spodziewalibyśmy się po nosie. Bardzo delikatne taniny i pojawiająca się na chwilę goryczka. Raczej do jedzenia niż popijania solo, bo przy drugim kieliszku finisz staje się bardzo suchy, nieprzyjemny. Lepsze drugiego dnia, gdy te suchy nuty znikają, a wino pokazuje pełnię swojej owocowej krasy. Dobre.
Oba wina prezentują średnią dyskontową półkę. Nie zachwycają, raczej nie chce się do nich wracać, ale i wydane na nie pieniądze nie będą stracone. Ot, możne by rzecz wina codzienne. To, co nas bardziej zelektryzowało to fakt, że Lidl wraca z ofertą węgierską. W weekend postaramy się z nią nieco bardziej zapoznać, a na początku przyszłego tygodnia spodziewajcie się o niej wpisu.